Wersij Finchera jeszcze nie oglądałem. Czekam aż moja dziewczyna będzie miała więcej czasu - póki co natychmiast po zdanej sesji wysłali ją w pracy na trzy tygodnie do Holandii. Całą trylogię przeczytałem, później niejeden raz wracałem do niej. Wersję szwedzką oglądałem jakiś czas temu i zupełnie mi się nie podobała.
Po pierwsze: wyglądała jak streszczenie książki. Większość wątków, także pobocznych, przeniesiona wprost z książki - przez co brakowało czasu na ich prawdziwe rozwinięcie i masa rzeczy została potraktowana skrótowo. Lepiej by film wyszedł na tym, gdyby ich nie było, a zamiast tego rozwinięto...
Po drugie: ...braki w motywacji bohaterów. Książki i filmy rządzą się swoimi prawami. Mam wrażenie, że reżyser tego nie ogarnął. Scena przeniesiona z książki do filmu musi zostać poddana zmianom ze względu na inne dostępne środki.
Po trzecie: główny bohater. W wersji szwedzkiej aktorsko nie powalał, a na dodatek zupełnie niedopasowany do roli. Mało urodziwy, mało charyzmatyczny, sympatii też się do niego od początku nie czuje - jego powodzenie u kobiet pozostaje zagadką.
Po czwarte: Lisabeth. W szwedzkiej wersji wyglądała raczej na zbuntowaną nastolatkę. I nie mówię o wyglądzie (podobał mi się) ale o odegraniu roli. Gdzie jej nuta wyrachowania, gdzie słynna 'analiza konsekwencji'. Motywacja bohaterki wyglądała raczej jak u wspomnianej nastolatki 'Jesteście głupi, nie lubię Was, nikt mnie nie rozumie, jest mi źle'. Książkowa Salander odgradzała się murem od ludzi i skrywała emocje, unikając kontaktu z ludźmi - książkowa była raczej opryskliwa i niemiła.
Szwedzkiej wersji nie oglądałem sam ale w gronie kilku znajomych (sam ich namówiłem). I mimo tego, że film mnie rozczarował - to ja ceniłem go bardziej niż pozostali oglądający. Bazując na tym i na komentarzach pod filmem (sporo się tego naczytałem) mam wrażenie, że ten podobał się głównie fanom książki. Potrafię to zrozumieć - niewielka ilość zmian, główne wątki takie same. Czytelnicy nie lubią jak im się zmienia fabułę.
Znacznie gorzej ocenili film ludzie, którzy z książką styczności nie mieli - dla nich było to kino mdłe, pozbawione wyrazu i nietrzymające w napięciu.
Nie wiem jaka jest wersja Finchera, ale ocena wersji szwedzkiej nie dziwi mnie ani trochę.
Mam nadzieję, że w weekend będę mógł wpaść i napisać jak mi się podobała wersja amerykańska.
btw: Co do Orinoco Flow to znajoma, która była już w kinie, stwierdziła, że to sena która zrobiła na niej największe wrażenie od paru l,at. Ze względu na dobór muzyki właśnie

Cóż, są gusta i guściki.