DDK pisze:Na czym to polega? Chodzisz do Kościoła bo musisz czy jak?
W zeszlym roku mieszkalem na stancji z koleszką z wielodzietnej(czyt. katolickiej) rodziny. Typek generalnie cały czas się uczył, pisał sprawozdania, w wolnym czasie czytał książki, nie miał facebooka itd. taki nołlajf. Ja z kolei całe dnie waliłem wiadra, siedziałem na yt i doświadczałem kato-indoktrynacji oglądając 'wydarzenia tv trwam'. Wiadomka, że w takiej sytuacji często były poruszane tematy wiary, zważywszy na to iż gościu był 'głęboko wierzący'.
No i tak pewnego razu zostałem na weekend w Szczecinie, było wtedy WOŚP jakoś w Styczniu. W takim razie z racji braku planów postanowiłem się wybrać z koleszką do kościoła w niedziele, w celu ujrzenia wyborców PiS 'na żywo'. Byłem tam pierwszy raz od ponad dziesięciu lat (nie licząc ślubów i pogrzebów) więc praktycznie zapomniałem o wszystkich zwyczajach tam panujących. Spodobało mi sie ze tyle ludzi faktycznie tam przychodzi, i że na ogłoszeniach duszpasterskich Owsiaka dostał pojazd za słowa o Aborcji.
Mijają 2 mce, standardowy dzień na stancji, Matek uczy sie z elektrotechniki, ja slucham se rpk i nagle awaria prądu.(albo neta nam wyłączylo, nie pamietam)
No i po ogólnej konsternacji, słychać dzwony w kościele. No dobra, idziemy w takim razie. Chwila dla ogłady, mach przed wyjściem i na msze, skoro neta nie ma. A kosciol byl 3 min od domu.
Wtedy spodobało mi się to, takie urozmaicenie, obrządek religijny, niesamowite urozmaicenie w tych szarych dniach. Ta zbiorowa hipnoza tak mi podbijała faze, że czułem iż odkrywam coś nowego.
Chodziliśmy praktycznie co drugi dzien na 18, 17;30 dzwony w kosciele i standardowy rytual, Komputer - wiara.pl, przeczytać kazanie, Łazienka - wiadomo, Szafa- po eleganckie wdzianko, i na końcu Kuchnia - załadować bonio.
Doznawałem niesamowite upojenie spokoju i bezpieczenstwa. Czekałem z niecierpliwością na homilie by poznać analize czytania. Odkrywałem tajniki wiary której przecież sam jestem formalnym reprezentantem. Każde przesłanie starałem się wdrążać w życie, czułem się dobrym człowiekiem, potrafiłem użyć pokory w konfrontacji ze swoim wrogiem. Baardzo chciałem się nawrócić.
Ani razu nie bylem tam na czysto. Usprawiedliwiałem to sobie, że jeśli naprawde pan Bóg istnieje to mi wybaczy, wszak tylko wtedy udało mi się łapać z nim chwilowe relacje ... niestety na przerywanej fali
Dla tego nie trawie tej wielkiej ateizacji i oświecenia. Wiara to jest piękny dar dla życia który bezkarnie jest rabowany milionom obywateli przez grupę narzucającą.
Chociaż po wakacjach kiedy wyprowadziłem się od starej ekipy, byłem w kosciele może raz, to i tak w tym roku była dla mnie piękna lekcja. Na tyle skuteczna by nie opluwać tej instytucji, która z natury jest dobra.