Dalej geografia nie jest kluczowa dla zachowania państw. I nie przekręcaj moich słów, bo to nie to samo.
USA to hegemon - dla nich każdy kto rośnie, jest zagrożeniem. Nieważne gdzie, nieważne jak. Gdyby geografia decydowała, to USA by się ustawiały przede wszystkim do ataku na Meksyk i wasalizacji zbrojnej tego państwa, by zapewnić sobie pełną kontrolę nad najbliższymi ziemiami i w ten sposób zdobyć przewagę nad krajem, który gdzieś im rzuca wyzwanie. Więc przykład nijak nietrafiony.
Polska nie wybiera sobie przeciwników na podstawie ich możliwości dostępu, a braku zgody politycznej. Nie myslimy o tym, żeby Francja nie miała łatwego dostępu wojskami do Polski (wręcz przeciwnie), tylko żeby Rosja ich nie miała.
Rosja nie walczy z Chinami, obawiając się ich ekspansji, bo z nimi graniczy, tylko USA, bo obawia się obalenia ich rządów. Rosja ma wszelkie powody geograficzne, by stanąć przeciw Chinom. Meksyk i Kanada mają wszelkie powody geograficzne by stanąć przeciw USA. Francja ma wszelkie powody geograficzne by stanąć przeciw Niemcom. I kiedyś tak robiła, bo kiedyś geografia decydowała: monarcha myślał tylko o powiększeniu swoich stref wpływów i tym samym o szczególnie wazne tereny. Po przejęciu tych, inne stawały się kluczowe itd.
Dziś nie ma w ogóle takiego myślenia. Dziś nie ma kombinowania do wojny, byleby przejąć X, jeśli jesteś państwem demokratycznym. Chiny, Rosja, Turcja - one patrzą diametralnie inaczej. I dalej: nie ma dziś walki z każdym kto może czerpać zyski z danego terytorium zamiast nas. Dziś jest współpraca w oparciu o porozumienia narodowe, które realnie działają i nie są w kółko łamane, czego dowodem UE. Na setki praw raz na jakiś czas słyszymy o jakimś złamaniu, ale są instytucje które z tym walczą. Tu w ogóle nie ma miejsca na geografię jako determinanta.
To jest zresztą właśnie clou: zwolennicy teorii o definiującej postawę państw geografii politycznej, która wprost i zawsze wyznacza cele i działanie państw, to jednocześnie ludzie twierdzący, że nie ma zasad, że nie ma praw. Że koncert mocarstw >>>>> prawo międzynarodowe i umowy. I nie tylko, ze on decyduje, ale że to słuszne, że tak jest. Kiedy Bartosiak mówi, że Polska powinna mieć mocarstwowe myślenie to odnosi się dokładnie do tego: powinien być koncert mocarstw, a Polska ma predyspozycje, żeby brać w nim udział.
To bzdura. W realnym koncercie mocarstw, już dawno by wybuchło parę wojen w UE o handel, sojusze pozaunijne, czy kontrolę dyplomatyczną. A dziś nawet takiej kontroli dyplomatycznej nie ma. Wasal nie mógł się sprzeciwić suwerenowi, bez aktu zbrojnego. Dziś kraje mają zależności, ale nie może nikt przyjść i powiedzieć: "Albo tu nas popierasz, albo jutro Twoje miejsce zajmuje X". To oznacza, że nie ma prawdziwych wasali i suwerenów. To oznacza, że prawo unijne i umowy handlowe działają. Sama potęga Niemiec bez wielkiej armii jest tego dowodem.
Myślenie Bartosiaka i tego nurtu definiowania geopolityki jest dosłownie XIX-wieczne. Myślą o świecie i działaniach państw, jakby sobie grali w Europę Universalis. Od momentu wybuchu siły demokracji liberalnych i republik, a następnie odstąpienia od używania argumentu siły wobec krajów przyjaznych i neutralnych, a nawet przeciwników na arenie politycznej, nie ma już takiej geopolityki. Geopolityka to dziś słowo, które powinno określać globalną (geo) politykę. Jako scenę i nic więcej. Geografia polityczna, to jedynie określenie pewnych uwarunkowań mogących mieć wpływ przy doborze taktyki wdrażanej PO wyborze geostrategii. A ta opiera się u podstaw nie na geografii, tylko na ideach które mają poparcie wśród rządzących/społeczeństw. I jest to potrzebne, by zrozumieć że kraje UE będą Polską PiS krytykować do bólu za łamanie praworządności. I że to nie jest żaden spisek, czy wasalizacja Polski. I że tak, będą tego później używać do realizacji swoich interesów. Geografia ma tutaj znaczenie trzeciorzędne. Jest czynnikiem taktycznym, ale nie strategicznym, nie kluczowym.








