Manchester United - West Ham United 0:0
spodziewałem się, że Młoty zagrają ofensywniej (jak choćby na Etihad Stadium), ale i tak w niektórych momentach postraszyły gospodarzy. Przez dłuższy czas myślałem, iż to sytuacja Mosesa będzie najbardziej dotkliwa, ale jednak to Zárate okazał się być największym przegranym tego pojedynku. Już wcześniej próbował zaskoczyć de Geę, mizernym strzałem z dystansu, ale zmarnowana sytuacja, będąc na piątym metrze pola karnego, powinna mu się śnić po nocach. Oczywiście, ów incydent miał miejsce już w drugiej połowie, natomiast z pierwszej warto wspomnieć dwa słupki oraz zmarnowany kontratak po kiksie Blinda. Najpierw skutecznie interweniował Darmian, który przeciął podanie do Mosesa/Kouyaté, a po chwili na upartego, bez większego przygotowania, na zawstydzające uderzenie zdecydował się Noble. Czerwone Diabły z kolei były znacznie groźniejsze po przerwie, ponieważ jedna okazja Martiala oraz przyciśnięcie rywala na kilka minut przed zejściem z placu gry (np. pojawiły się stałe fragmenty gry) to jedyne akcenty ofensywy van Gaala. Po wznowieniu popołudniowej partii pod tym względem było już lepiej, ale stuprocentową okazję zmarnowali Fellaini oraz Martial, a i można mieć pretensje za nieczyste strzały do Maty oraz Lingarda (zwłaszcza, że obydwaj uderzali, znajdując się w polu karnym i to pod dobrym kątem w stosunku do Adriána). Remis wydaje się być sprawiedliwy, zresztą sądząc po zmianach dokonywanych przez Bilicia w końcówce rywalizacji, to chorwackiemu managerowi takie rozwiązanie w pełni odpowiadało.



