Stoke City - Manchester United 2:0
pierwsza połowa wyraźnie pod dyktando gospodarzy, którzy potwierdzili, że z potentatami są w stanie zagrać bez kompleksów. Marko Arnautović może niedługo zasili jakiś mocniejszy zespół, myślę, że np. w Arsenalu miałby szansę się sprawdzić. U Austriaka warto docenić moc w uderzeniu, ale przede wszystkim warstwę intelektualną. Nie jest to takie bezmyślne parcie do przodu, ale zawodnik Stoke dużo rozważa, wie, jak poprowadzić daną akcję, kiedy wykonać zwód, a gdy lepiej zagrać do partnera, to chętnie oddaje futbolówkę. Obecny sezon w barwach The Potters jest dla niego bez wątpienia najlepszym, ale już w poprzednich dwóch latach był jedną z ważniejszych postaci w ekipe Hughesa. Odnośnie dzisiejszego spotkania, to jak już napisałem, pierwsza połowa ze wskazaniem na Stoke, ale w drugiej o Manchesterze można już powiedzieć kilka cieplejszych słów. Brakowało skuteczności, ale strzały Fellainiego, Martiala, czy w końcówce pojedynku również Maty, to oznaka, że Czerwone Diabły jednak przyśpieszyły grę, podkręciły tempo rozgrywania akcji i chciały ratować losy tej rywalizacji. Najsłabiej na boisku wypadł Depay, który po kiksie na początku meczu, następnie zaliczał masę strat, a także nie wykazywał porozumienia z kolegami. Rooney wszedł i trochę rozruszał towarzystwo, podobnie jak starał się wspomniany już Martial. Słabiej się prezentowali boczni obrońcy, którzy sporadycznie podejmowali decyzje o podłączeniu się do akcji ofensywnych, z kolei środek pola także nie okazywał przesadnego wsparcia. Gospodarze nie byli już tak aktywni, może był to efekt utraty sił, które spożyli na pierwszą odsłonę rywalizacji, a może taki był zamysł Hughesa, aby się skupić na obronie i ewentualnie wyprowadzaniu kontrataków, skoro po pierwszych 45. minutach wynik był bardzo korzystny, a na boisku się pojawił Rooney, co było równoznaczne z postawieniem przez Manchester na ofensywę.
Smutny Boxing Day dla van Gaala i spółki. Jakże radosny dla Marka Hughesa i jego Stoke.



