HSV - Bayern Monachium 1:2
runda wiosenna Bundesligi została zainaugurowana. Początek dzisiejszego spotkania przyniósł nadzieję na to, że nie będziemy świadkami jednostronnego widowiska. Gospodarze dość szybko zabrali się z piłką na połowę gości (aktywny był zwłaszcza Nicolai Müller), a jako pierwszy próbę pokonania Manuela Neuera podjął Hunt. Kilkanaście minut później szczęścia szukał także Lasogga, a Hamburczycy wydawali się być zespołem, grającym bez kompleksów w obliczu potężnego przeciwnika. Drużyna Guardioli stopniowo przejmowała inicjatywę, systematycznie zbliżając się w okolice "szesnastki' Rede Adlera. Częściej wykorzystywano śmiało wdającego się w drybling Douglasa Costę, zaczęły się pojawiać stałe fragmenty gry (dwa rzuty wolne w niewielkiej odległości do pola karnego HSV), aż w końcu nastąpiło objęcie prowadzenie po strzale z rzutu karnego. Adler zaskoczył swym nieodpowiedzialnym zachowaniem, nie wiem, na co liczył, wykonując ów wślizg. Zwłaszcza, że widać było, iż piłka znajduje się w powietrzu. Jedenastka wykorzystana przez Lewandowskiego bardzo pewnie ze stoickim spokojem. Drugą połowę tym razem od ataków rozpoczął Bayern, a warto docenić to, że nawet w najmniej wygodnych sytuacjach, Bawarczycy i tak starali się oddać strzał, i nieustannie wywierać presję na gospodarzach (choćby sytuacja, w której Lewandowski, będąc na straconej pozycji po zagraniu bodajże Costy i tak zdążył się obrócić, dopaść do piłki i oddać uderzenie). Bramka Alaby mogłaby być przepiękna, ale Adlera uratował słupek, natomiast wyrównanie dla Hamburga trochę w stylu licznych trafień Williana z bieżącego sezonu. Szkoda, że osiągnięty remis nie podkręcił tempa tej rywalizacji, ponieważ niewiele później mistrz Niemiec ponownie objął prowadzenie. Z jednej strony duża dawka szczęścia po stronie Bayernu, a z drugiej Lewandowski jednak zdołał tę nogę wysunąć i zaskoczyć Adlera, za co również należy się szacunek. Zwycięstwo minimalne, ale sprawiedliwe.



