West Ham United - Manchester City 2:2
Młoty się postawiły, to i mieliśmy znakomite widowisko. Slaven Bilić wprowadził do tej drużyny naprawdę sporo jakości i bez względu na to, czy West Ham mierzy się ze słabszym zespołem, czy z potentatem - emocje są gwarantowane. Trochę się obawiałem, że po imponującym, wysokim pressingu już w pierwszych minutach dzisiejszej rywalizacji, gospodarze spuchną i obniżą poziom gry, ale nic z tych rzeczy. Szybko zdobyta bramka + kolejne okazje złożyły się na obiecujący początek w wykonaniu drużyny Bilicia. Manchester nie pozostał w tyle i jeszcze przed wyrównaniem, kapitalną okazję miał Agüero, ale piłka pechowo dla Argentyńczyka trafiła w słupek bramki przeciwnika. Od stanu 1:1 to goście na dłuższy okres przejęli inicjatywę i wydawało się, że kwestią czasu jest, gdy zespół Pellegriniego wyjdzie na prowadzenie. Pod koniec pierwszej połowy Młoty powróciły jednak do aktywnej postawy w ataku, szalał zwłaszcza Payet (chyba nawet za bardzo, niektóre dryblingi i sztuczki wymuszone, były efektowne, lecz zarazem nieefektywnie), który był bliski pokonania Harta fantastycznym strzałem z rzutu wolnego. Równie zachwycająco interweniował angielski bramkarz. Druga połowa spełniła nasze oczekiwania. West Ham grał znakomicie, niektóre akcje powodowały, że ręce same się składały do oklasków. Drużyną dyrygował dalej Payet, ale myślę, że warto pochwalić wkład innych. Alex Song umiejętnie przechodził w środku pola z obrony do ataku, Enner Valencia nawiązał do formy z początku zeszłego sezonu i dał o sobie znać w kluczowych momentach, a jak zwykle rzemieślniczą pracę wykonał Noble. Nawet Moses trochę podkręcił tempo, chociaż piłkarz ten miewał już lepsze zmiany. Manchester City nie pozwolił jednak na utratę kompletu oczek i po składnej akcji doprowadził do wyrównania. Walczył do końca, osiągnął upragniony, jak na scenariusz tego spotkania, rezultat, za co również należy się wyraz szacunku. Tym bardziej trzeba oddać obydwu drużynom to, że na Upton Park zaprezentowały kawał porządnej piłki.



