Sunderland - Manchester United 2:1
Czarne Koty nie mają takich umiejętności technicznych, jak Czerwone Diabły, nie potrafią też umiejętnie i długo operować piłką, co zespół z Manchesteru, ale dzisiejszego południa, to jednak David de Gea miał więcej do roboty, to on skapitulował dwukrotnie i to broniący się rozpaczliwie przed spadkiem Sunderland sięgnął po trzy punkty. W pierwszej połowie poza szybko strzelonym golem, gospodarze niczego więcej nie zaprezentowali. Od razu to Manchester się rzucił do próby odrobienia strat i zanim wyrównał Martial, na strzał zdecydował się Mata, aktywny był także Rooney oraz boczni obrońcy (zwłaszcza Borthwick-Jackson wypadł bardzo dobrze w ofensywie, może pomijając jego jedno rażące dośrodkowanie z końca pierwszej połowie, aczkolwiek w obronie wciąż musi się szkolić, dzisiaj dwukrotnie zgubił krycie, dając się wyprzedzić, czego efektem były dwa groźne uderzenia ze strony gospodarzy). Mannone trochę przy golu pomógł, ale ilu napastników miałoby takie wyczucie jak Martial i zdążyłoby dopaść do tej piłki i pod takim kątem zmieścić ją w siatce? Słowa uznania dla snajpera United. W drugiej połowie już to wyglądało trochę inaczej, tzn. czterdzieści pięć minut zostało podzielone na fazy, w których raz dominował Manchester, a raz Sunderland. Znamienne jest jednak to, że nazwisko broniącego de Gei przewijało się częściej, niż Mannone. To Hiszpan znowu dał znać o swoich wybitnych zdolnościach bramkarskich i naprawdę zadziwia mnie to, że Manchester nie potrafił niczego więcej wskórać w obliczu defensorów Sunderlandu. Wejście Depaya też niczego dobrego nie wniosło, nie przypominam sobie ani jednego wartego uwagi zagrania ze strony Holendra. Cóż, dla Sunderlandu to podwójnie ważne zwycięstwo. Po pierwsze, zwiększy im szansę na utrzymanie się w lidze, po drugie, ograł Manchester United.



