Francja - Rumunia 2:1
gospodarze wyszli na to spotkanie bardzo stremowani. Jedność w szatni, chęć zwycięstwa i wsparcie kibiców to ważne aspekty, ale widać było, że zespół Deschampsa potrzebował czasu, aby się rozkręcić i stopniowo wchodził w dzisiejsze starcie. W przekroju całego widowiska Francuzi byli stroną przeważającą, lecz nie sposób nie docenić postawy Rumunów, którzy mogli zaskoczyć niczym Chorwaci Brazylię i już na początku rywalizacji objąć prowadzenie. Trójkolorowi natomiast przed zejściem na przerwę mieli również jedną taką naprawdę dogodną okazję na gola, gdy na słupek piłkę skierował Griezmann. Po przerwie obraz gry uległ zmianie. Co prawda, najpierw to znowu zaatakowali podopieczni Anghela Iordănescua, a kolejną okazję na pokonanie Llorisa miał Stancu. Szkoda, że nie przyjmował piłki na lewą nogę, wówczas łatwiej byłoby mu oddać strzał oraz zdjąłby z siebie presję wywołaną nadbiegającymi obrońcami. Później gospodarze weszli w rytm meczowy, zaczął szaleć Payet, absolutny bohater spotkania. Asysta i gol na koncie to najlepsze podsumowanie jego występu (zwłaszcza efektowność tej bramki). Nie zabrakło jednak, niestety, kontrowersji sędziowskich. Były spalone, które należałoby przeanalizować pod innym kątem kamery, a także łokieć Giroud, który utrudnił (niedoszłą) interwencję Tătărușanu. Szkoda, bo były co najmniej dwie dogodne okazje na to, aby to Rumuni wyszli na prowadzenie, a tak, nie do końca zasłużenie, cieszyła się Francja. Cóż, jak na inaugurację to nie było najgorzej, trzy gole, kilka innych ciekawych okazji i pozostaje nam czekać na więcej.



