Turcja - Chorwacja 0:1
mimo wszystko, nawet jeśli docenimy waleczność Turków, to za nami jednostronne widowisko. W pierwszej połowie podopieczni Terima zagrozili drużynie bałkańskiej tylko raz, oddając niebezpieczny strzał głową. Dominacja Chorwatów nie ulegała wątpliwościom, ale do czasu trafienia Modricia, ciągle czegoś brakowało. Rakitić posłał piłkę obok słupka, a Perišić nie zdążył zamknąć tej akcji; piłka po strzale Mandžukicia trafiła w nogi obrońcy, a później Brozović pod złym kątem uderzył piłkę głową po niezłej centrze z prawej strony. Do tego strzał w środek bramki (chyba ponownie Mandžukicia) tuż po piąstkowaniu Babacana. W drugiej połowie Turcy nieco się rozruszali, bardzo mi się podobał Caner Erkin, który bardzo często podłączał się do akcji ofensywnych swojego zespołu, z przekonaniem wdawał się w drybling, silnie dośrodkowywał. Rozczarowali natomiast Arda Turan oraz Hakan Çalhanoğlu. Obydwaj niewidoczni, zaś Burak Yılmaz chyba się pojawił na boisku zbyt późno. Chorwaci mieli mnóstwo okazji na to, aby podwyższyć rezultat. Były dwie poprzeczki (Srna z rzutu wolnego, Perišić głową), były minimalnie spóźnione wślizgi (Brozović), czy nieudane strzały z bliskiej odległości (Srna). Dlatego Chorwaci mogą odetchnąć, że Turkom nie dopisało szczęście i nie strzelili gola po jakiejś jednej z nielicznych akcji ofensywnych. Denerwowali mnie Chorwaci z jednego względu. O ile ból Ćorluki zrozumiały, tak pozostali dla mnie przesadzali. Perišić sobie siedzi i patrzy przed siebie na luzaku, a podobno coś mu dolega i nie może się podnieść. Takich incydentów było kilka. Owszem, Turcy grali ostro, a dziw, że Volkan Şen nie skończył z co najmniej jedną żółtą kartkę, ale wyczuwam u drużyny Ante Čačicia grę na czas. W każdym razie wygrali i zainkasowali pierwsze na tym turnieju trzy "oczka".



