Francja - Irlandia 2:1
z jednej strony szybko strzelony gol podniósł meczowe ciśnienie, a z drugiej dla fanów stricte ofensywnej piłki prowadzenie dla Irlandii oznaczało cofnięcie się przez tę reprezentację na pozostałe 88. minut spotkania i pojedynek do jednej bramki. Podopieczni O'Neilla doczekali się jeszcze dwóch niezłych szans na podwyższenie rezultatu, ale w obydwu przypadkach z obowiązków wywiązał się Hugo Lloris. Francja wymęczyła, pomimo że poziomem gry nie zachwyciła. Nie zdziwię się jednak, jeśli to, co najlepsze, zobaczymy dopiero teraz. Naturalnie z racji obecności w tej części drabinki Anglików, nie życzyłbym sobie gwałtownego skoku jakości u Trójkolorowych, lecz dziwne, aby dwa lata przygotowań do imprezy na własnej ziemi miały skutkować męczarniami, jak ta dzisiaj. Poza tym, co trzeba oddać ekipie Deschampsa, to przechylanie szali na swoją korzyść. Z Albanią walczyli do końca i swego dopięli, dzisiaj po golu Brady'ego ani na moment nie widziałem rodzącego się niepokoju wśród gospodarzy. Kibice nieustannie dopingowali, machali chorągiewkami, nie było gwizdów ani oznak zniecierpliwienia. Piłkarze również grali z pełnym przekonaniem i takim wydaje się wewnętrznym spokojem, że w końcu się uda. Śpieszyli się, jak najprędzej wznawiali grę, rzucając piłkę zza linii bocznej, czy dośrodkowując z rzutu rożnego, niemniej jednak ta drużyna nie potrzebowała czasu, aby się otrząsnąć po zaskakująco straconym golu. Z Rumunią byli stremowani, ale dzisiaj z pewnością zespół ten jest już mocniejszy psychicznie.



