Włochy - Hiszpania 2:0
tyle ochów i achów po pokonaniu Czechów i Turcji, a co do czego, to niewiele lepiej niż dwa lata temu w Brazylii. Pierwsza połowa zdominowana przez ekipę Antonio Conte. David de Gea musiał trzykrotnie ratować swój zespół przed stratą bramki, a ostatecznie sam pomógł przeciwnikowi (chociaż pretensje zacząłbym od ustawienia muru). Największe zagrożenie tworzone było przez grę prawą stroną flanki. Florenzi świetnie centrował i godnie zastąpił Candrevę. W drugiej połowie wicemistrzowie Europy popełnili błąd z tak wyraźnym cofnięciem się, ale widać również było, że coraz bardziej słabną, zatem Conte postąpił rozsądnie, nie zwlekając ze zmianami do końcówki rywalizacji. Z jednej strony Eder mógł zamknąć spotkanie, a z drugiej nie zapominajmy o groźnych uderzeniach z dystansu Iniesty oraz Piqué. Ten drugi miał jeszcze lepszą okazję na zaskoczenie Buffona na niewiele przed końcem meczu, jednak włoski bramkarz wykazał się świetnym refleksem i sparował piłkę do boku. Poza tymi nielicznymi okazjami, to Hiszpanie wypadli słabiutko, ale Włosi muszą mieć na uwadze swoje potknięcia po przerwie. Tam naprawdę niewiele brakowało do wyrównania, na zbyt wiele pozwolili przeciwnikowi i nie mam na myśli wysokiego posiadania futbolówki przez graczy del Bosque, bo z tym się trzeba liczyć już przed meczem, lecz pozostawienie przesadnie wolnej przestrzeni, co obrońcy tytułu mogli wykorzystać. Gratulacje dla Włochów.



