Wiecie co jest najgorsze? Jako dzieciak przezywałbym ten turniej niesamowicie, a teraz...smutek po tym spotkaniu jest, ale ogólne odczucia mam ambiwalentne...nawet spóźniłem się na 5 pierwszych minut dogrywki (wyprowadzałem psa) - czułem w kościach wpierdol w karnych...fajnie, że ćwierćfinał, ale ja jakoś tego jako ogromny sukces nie traktuję (a pamiętam, że w 1992 po finale ryczałem jak bóbr).
Edit - ja do sportu fieldy podchodzę jak Amerykanie - 'second best dosen't count'.



