Zapewne dlatego, że różnica jakościowa między oboma zespołami jest tak wyraźna, że każdy wiedział, że Włosi nie nastawią się tutaj na prowadzenie gry i wydzieranie zwycięstwa za wszelką cenę w 90 minutach. Conte po prostu odrobił zadanie w 100 procentach. Kto go oglądał w Juventusie ten wie, że zreflektował się bardzo dobrze. W Turynie nawet, gdy odstawał znacznie jakościowa, to za wszelką cenę chciał grać swoją piłkę i dominować rywala. Brakowało mu kunktatorstwa i cynizmu. W tym turnieju był tego totalnym przeciwieństwem. Zresztą o czym tu mówić. Facet walczy jak równy z równym z mistrzami świata grając w pierwszym składzie z De Sciglio (dramatyczny w Milanie), Parolo, Giaccherinim czy Pelle. Conte podszedł z pokorą, ale miał pomysł jak zrównoważyć ten dysonans.blackmore pisze:Zastanawiające jest to, że pojawia się tak mało pochwał za ten mecz dla Niemców albo w drugą stronę i dochodzi do przewartościowania postawy podopiecznych Conte. Włosi w tym spotkaniu niewiele pokazali w ofensywie, do czasu karnego Bonucciego w tym temacie zauważalny był skromny entuzjazm (widać, jak gwałtownie nastąpiła pobudka i hasła, że Włosi to wygrają), a nagle przestają mieć znaczenie te wszystkie argumenty o minimalizmie w ofensywie jako metodzie na zabijanie futbolu i wykorzystywaniu nielicznych szans na gola, podczas gdy drugi zespół prowadzi grę, jest częściej przy piłce, ma więcej okazji na gola... Włosi ośmieszyli Belgię, fizycznie wygrali walkę z Hiszpanami, przyciskając ich od pierwszej minuty, ale jeżeli powszechne standardy oceniania postawy drużyny opierają się na analizie jej zaangażowania w ofensywę i możliwości w ataku, to nie rozumiem stwierdzeń, że szkoda Włochów. A Niemców, którzy pruli przez kilkadziesiąt minut i doczekali się świetnych (acz zmarnowanych) okazji, jak ta Gómeza, czy Draxlera, to już nie?



