Ta nowa książka i tak ma innego autora, więc się w sumie nie liczy.
Na zakończenie dnia zrelacjonuję Wam jeszcze dzisiejszą wizytę księdza.
Zaczęło się już tydzień temu, kiedy na pytanie "gdzie kupuje się gadżety na wizytę księdza?", otrzymałam oczywistą odpowiedź: "w sex shopie". Jak co roku pożyczyłam więc całą tę krzyżykowo-kropidłową zastawę od starych.
Dziś rano rzuciliśmy się w wir sprzątania. 50% kuchni ogarnęłam, pozostałych 50% już mi się nie chciało, więc pytam Marlona, czy myśli, że ksiądz będzie zaglądał do kuchni. Na to on, żebym się martwiła o swojego pająka w WC. No kurde, mam pająka w WC rzeczywiście i nawet chciałam go wciągnąć odkurzaczem, ale czytałam parę miesięcy temu "Pajęczynę Charlotty" i jakoś tak mi się żal tego Filipka zrobiło i postanowiłam darować mu życie. Przed wizytą księdza planowałam wsadzić robala w słoik i wystawić za okno, no ale hej, +1 do raczej nie jest to, co pająki lubią najbardziej. Olałam więc temat i uznałam, że raczej się nie będzie proboszcz w tej sukience swojej do naszego wąskiego kibla pchał.
W ostatnich sekundach przed przybyciem księdza szukałam gumki, coby młodej kitkę związać, bo najpiękniej wtedy wygląda. Wypełzam z pokoju, wyzywając coś na pchającego się psa, a tam ksiądz w drzwiach. Wyciąga do mnie rękę, a ja przez najdłuższe pięć sekund mojego życia próbuję tę gumkę wcisnąć w kieszeń dżinsów i wyglądam przy tym, zapewne, jakbym sobie w tyłku grzebała - i dopiero po tych długich sekundach swoją rękę mu podaję.
Ksiądz na widok Zośki woła, że jakiś Stasiek by jej się przydał, więc sobie kminię w głowie, co ten chłop już o jakimś swataniu mówi, jak Mar powiedział, że przed 30ką jej na randkę nie puści. No, ale okazuje się, że miał na myśli rodzeństwo, a nie partnera dla niej, aha.
Wkraczamy na salony, a ten od razu z litanią na temat ślubu, papy i ocieplenia kościoła. Nagle rzuca okiem na Marlona [[k****], mówiłam mu, żeby się przebrał]: "a pan to w Volkswagenie pracuje, czy co?". Facepalma odstawiłam, ale uśmiecham się dalej i udaję, że to wcale nie jest nienormalne, że mój porządny mąż na wizytę duszpasterską włożył coś, jakby bluzę od dresu.
No, ale jedziemy dalej. Ksiądz powtarza sugestię, że Marlon powinien się o drugiego potomka postarać. Na co mój mąż, z pełną powagą: "no, za chwilę". Ksiądz milczy i myśli, z lekkim szokiem na twarzy, a ja parskam śmiechem i nieśmiało rzucam: "no, ale powoli, kochanie".
Coś tam jeszcze znów o ślubie się mówi, ale ogólnie minuta i księdza nie ma.
Wybiegam więc szybko do Biedronki, bo nareszcie mam jakieś wychodne z domu. Wracam, a ksiądz akurat spod mojego bloku idzie w moją stronę i wesoło rzuca: "Oooo, zakupki! No i prawidłowo, dobra żona powinna dbać o męża". Że w ogóle WTF?


