Bayer Leverkusen - Atlético Madryt 2:4
myślę, że jak na formę z bieżącego sezonu, jaką prezentują Aptekarze, to i tak świetnie, że byli w stanie podjąć walkę z faworytem z Madrytu. Od pierwszego gwizdka widoczna była u podopiecznych Rogera Schmidta chęć walki i przedmeczowa wypowiedź trenera Bayeru, jakoby jego zawodnicy mieli zagrać z pewnością siebie, nie była przejawem fałszu. Gospodarze napsuli krwi Rojiblancos, o czym mogą świadczyć momentami tęgie miny Simeone.
Bellarami i Julian Brandt świetnie sobie radzili na skrzydłach, dosyć wysoko podchodzili także Kampl i Aránguiz, ale... no właśnie. Niemcy mogli atakować, jednak to Hiszpanie okazali się sprytniejsi. Jeszcze przed pierwszym golem, znakomitej okazji doczekał się Griezmann, lecz jego uderzenie obronił Leno. Chwilę później o dużym szczęściu mógł mówić Wendell, który wybijając piłkę, trafił w... poprzeczkę własnej bramki. Wreszcie prowadzenie dał Saúl Ñíguez, później podwyższył Griezmann i do przerwy spotkanie miało charakter jednostronny.
Na początku drugiej połowy Aptekarze złapali kontakt i można się tylko domyślać, jak wyglądałoby ta rywalizacja, gdyby nie kontrowersyjna decyzja arbitra o podyktowaniu przyjezdnym rzutu karnego. Trafienie na 3:1 usytuowało ubiegłorocznego finalistę Ligi Mistrzów w znakomitym położeniu, ale przedstawiciel Bundesligi i tak starał się cokolwiek wskórać. Szczęście mu pomogło, ponieważ z akcji się nie udawało, to sprawę we dwóch załatwili Moyà z Saviciem.
Do 3:3 brakowało niewiele, wszak po uderzeniu Hernandeza futbolówkę z linii bramkowej wybił Filipe Luís. Ta kapitalna interwencja byłego obrońcy Chelsea była przełomem w finalnym kwadransie zmagań. Zamiast remisu i udanej pogoni, Bayer musiał przełknąć gorzką pigułkę i pożegnać się z marzeniami o awansie do ćwierćfinału w momencie główki Torresa. Hiszpan zaliczył bardzo dobrą zmianę i przypieczętował przekonujące zwycięstwo Atlético. Gościom łatwo nie było, lecz pokazali, dlaczego są jednym z wiodących klubów w Europie, zaś Bayer może się już skupić na walce o TOP4 w rodzimej lidze.
P.S.
Szkoda, że Kießlinga nie było.



