West Ham United - Tottenham Hotspur 1:0
lada chwila koniec sezonu, a w tym temacie jeszcze się nie wpisałem...
Trzeba nadrobić. Dzisiejszy mecz taki, jakiego należało się spodziewać, czyli dużo walki fizycznej, szybkich kontr, zmagań w powietrzu... West Ham zaskoczył dobrym przygotowaniem do rywalizacji, długimi momentami przypominał rewelację z zeszłego sezonu aniżeli zagubioną drużynę z bieżącego. Była determinacja, była wola walki, kilka naprawdę ciekawie przeprowadzonych akcji. Bilić również sprawiał wrażenie, jakby walczył o udział w europejskich pucharach, a przecież stawką było co najwyżej przypieczętowanie utrzymania się w lidze.
Koguty rozczarowały. Oczywiście, Adrián zrobił swoje i rozegrał wspaniałe zawody. O tym zapominać nie można. W pierwszej połowie w stylu Sławka Szmala zatrzymał strzał Kane'a. W drugiej skutecznie bronił próby Eriksena oraz Sona. Bezbłędnie spisywał się także w powietrzu, a trochę tych centr w wykonaniu Tottenhamu było. Inna sprawa, że w wielu przypadkach pozbawione dynamiki i niecelne. Eriksen pod tym względem był beznadziejny.
West Ham dobrze zaczął ten mecz, dość szybko stworzył zagrożenie pod bramką Llorisa po wykonaniu rzutu wolnego z prawego sektora boiska. Później nieudolnie francuskiego bramkarza lobował Cheikhou Kouyaté, a Lanzini zamiast podawać do lepiej ustawionych partnerów, fatalnie spartaczył, decydując się na bezpośrednie uderzenie. W drugiej połowie z precyzją było lepej, lecz Lloris dał się pokonać tylko raz. Do wygranej jednak wystarczyło.
Dzięki, Młoty. W poniedziałek trzeba to wykorzystać.



