Bournemouth – Stoke City 2:2
jeden z tych meczów, w którym nie wiadomo za kim być. Z jednej strony lubię Wisienki za ich ambitną postawę oraz Artura Boruca, a z drugiej podoba mi się praca Marka Hughesa i to, jak niemalże od początku swojego pobytu na Britannia Stadium nadał drużynie nowy styl, zastępując dotychczasową "drewnianą" grę pod wodzą Pulisa. Z każdym kolejnym sezonem The Potters zaliczali progres, wspinając się w tabeli, ale w bieżącej kampanii Premier League zauważalny jest znaczący regres.
Dzisiaj goście mieli okazję przeskoczyć w tabeli swojego przeciwnika, lecz tak się nie stało. Przyjezdni nie najlepiej weszli w to spotkanie, już od samego początku dali się zepchnąć do głębokiej defensywy. Podopieczni Howe'a z nadziejami na walkę nawet o ósmą lokatę, ruszyli od pierwszego gwizdka i po kwadransie gry posiadanie piłki wynosiło na ich korzyść nawet 69% (!). Poczynania Stoke starali się rozruszać Shaqiri z Arnautoviciem, lecz przy każdej próbie wyprowadzenia kontry, gospodarze natychmiast stosowali wysoki pressing i niwelowali te ataki. Po stronie Wisienek najbliższy szczęścia był Adam Smith. Prawy defensor trafił w poprzeczkę bramki Butlanda.
Zdecydowana przewaga nie miała jednak przełożenia na zdobycz bramkową, wszak to goście wyszli na prowadzenie. Po rzucie rożnym w wykonaniu Arnautovicia, samobójcze trafienie zaliczył Lys Mousset. Do końca pierwszej połowy gra się trochę wyrównała. Gospodarze wciąż utrzymywali przewagę w posiadaniu piłki, ale potrzebowali kilku minut, aby się otrząsnąć z szoku po stracie bramki. Gra się zaostrzyła, doszło do kilku przewinień i przedłużeń, przez co arbiter doliczył aż 3 minuty.
Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie. Tempo podkręcił Junior Stanislas, myślę, że dzisiaj najjaśniejszy punkt Bournemouth. Pomocnik gospodarzy występował niemalże w każdej ofensywnej akcji swojego zespołu, brał się zarówno za rozgrywanie, jak również samemu próbował szczęścia. Wreszcie po podaniu Smitha, to właśnie angielski lewoskrzydłowy doprowadził do remisu.
Po utracie prowadzenia Stoke nie zamierzało się już dłużej obronić. Hughes nakazał swoim piłkarzom podchodzić bliżej pola karnego rywala, a przebudzili się zwłaszcza Joe Allen oraz boczni obrońcy, którzy z niemałą ochotą podłączali się do akcji ofensywnych. Zarówno Glen Johnson, jak również po drugiej stronie Muniesa, wspierali pomocników i często dostarczali piłki w pole karne Boruca.
Pechowo dla Bournemouth kontuzji nabawił się Stanislas. Była to bardzo wymowna zmiana, albowiem zaledwie minutę po zejściu Anglika, gospodarze stracili gola. Arnautović zgrał piłkę do Dioufa, a ten trafił do siatki. Senegalczyk miał wcześniej kilka szans na bramkę, ale żadna z nich nie była tak korzystna, jak ta, w której wpisał się na listę strzelców.
Miałem już krytykować niewidocznego, a bramkostrzelnego w tym roku kalendarzowym Joshuę Kinga, ale to właśnie ten zawodnik pośrednio przyczynił się do wyrównania. Zaczęliśmy festiwal bramek od samobója i tak też go zamknęliśmy. Shawcross doprowadził do remisu i to chwilę po tym, gdy obydwaj managerowie dali sygnał do ataku. Howe wprowadził Jordona Ibe'a, zaś Hughes delegował do gry Waltersa, który w tym sezonie niejednokrotnie sprawdził się w roli jokera.
W samej końcówce szansę na przechylenie szali na swoją korzyść miał Shaqiri, lecz Szwajcar uderzył niecelnie. Była to jedna z kilku podbramkowych akcji, które wykreowano (przez obie drużyny) w doliczonych przez sędziego 5 minutach. Ostatecznie remis, z którego pod kątem porządku w ligowej tabeli, bardziej mogą być zadowoleni gospodarze.



