Manchester City - Leicester City 2:1
pierwsza połowa ze wskazaniem na gospodarzy, w drugiej zdecydowanie na gości. Zacznę jednak od arbitra, który nie rozegrał dzisiaj najlepszych zawodów. Gola dla City bym nie uznał, tj. Sterling wykonał ruch do piłki, a poza tym jego obecność na pewno warunkowała ustawienie Fuchsa, tj. Austriak na lot futbolówki by nie zareagował, ale jednak pieczołowicie pilnował Anglika, usytuowany był z nim niemalże bark w bark i bez obecności rywala na pewno ta sytuacja wyglądałaby inaczej. Zwłaszcza, że jak już zostało szeroko napisane, były zawodnik Liverpoolu nie był bierny wobec strzału Silvy.
Brak kary dla Fernandinho to ponury żart. Rozumiem sytuacje, w których obrońcy się zastawiają przed linią końcową, aby pozwolić piłce opuścić boisko i wznowić grę "z piątki", lecz w tym przypadku Brazylijczyk wbiegł przed Albrightona z rozprostowanymi rękami i brutalnie uderzył łokciem w twarz przeciwnika. Nawet jeżeli nie chciał mu zrobić krzywdy i ruch nie był w pełni świadomy, to jednak nikt normalny się tak nie ustawia.
Karny dla Lisów również wątpliwy, pewnie jakieś powtórki wskażą prawdę, ale w ujęciach zza pleców Mahreza jego markowanie miało miejsce raczej przed linią pola karnego. Algierczyk jednak do remisu nie doprowadził, zatem o tej sytuacji można zapomnieć.
Do przerwy poza trafieniem Okazakiego oraz jedną główką po rzucie rożnym, przyjezdni nie byli zbyt aktywni pod bramką City. To gospodarze dominowali i wydawało się, że mają mecz pod kontrolą. Kilka naprawdę ładnie, przeprowadzonych akcji, ale są elementy, nad którymi Guardiola musi popracować. Dzisiaj po pierwszym rzucie rożnym groźnie głową uderzył Fernandinho, ale następne cztery, czy pięć kornerów, to bardzo niedokładne centry, czasami zbyt krótkie, innym razem za dalekie.
Po przerwie gracze Shakespeare'a przejęli inicjatywę, atakowali ze wszystkich sił i wielka szkoda, że nie udało się doprowadzić do remisu. Myślę, że najbardziej, oprócz karnego Mahreza, boli decyzja Benalouane'a, który po świetnej wymianie piłki ze Slimanim, zamiast podawać do niepilnowanego na siódmym metrze Algierczyka, wolał zagrywać wzdłuż linii bramkowej, gdzie zakotłowało się kilku zawodników. Bez sensu.
Na plus Ben Chilwell. Będą z niego ludzie. Za późno natomiast wszedł Gray.



