Na co dzień spotykam się ze śmiercią i ludzkimi tragediami ale dzisiaj jechałem wyjątkowo struty do roboty. Niby się tu nie znamy i raczej nie spotkamy się nigdy na żywo a tak naprawdę mam wrażenie, że znamy się znacznie lepiej niż z większością ludzi z naszego otoczenia z realnego życia. Tym większy jest dzisiaj żal po Dawidzie.
Wbrew temu co piszecie, ja mimo wszystko wierzę, że rekinho jednak spełnił marzenie i dotarł na Filipiny, siedzi sobie teraz na plaży uśmiechnięty od ucha do ucha, słuchając jakiegoś dobrego kawałka i pijąc ulubione piwko. Bo jeśli nie i tam dalej faktycznie nic nie ma, to po cholerę to wszystko?



