Hoffenheim - VfB Stuttgart 1:0
Moja ulubiona drużyna Bundesligi pokonała po bardzo słabym meczu beniaminka ze Stuttgartu. 1. połowę lepiej rozpoczęli goście - w 5 min. zaskoczyć Baumanna próbował Berkay Ozcan (bramkarz Wieśniaków poradził sobie), a chwilę później po akcji prawym skrzydłem obok bramki uderzył Anastasios Donis. Stuttgart wkrótce wytracił jednak impet i cofnął się do obrony, pozostawiając Hoffenheim inicjatywę. Niestety, gospodarzom zupełnie nie kleiły się ataki pozycyjne, mnóstwo było zbyt mocnych podań, niedokładności i nieporozumień, a tempo akcji było bardzo wolne. Dość powiedzieć, że pierwszy strzał piłkarze Hoffenheim oddali dopiero w 31 min., choć była to od razu niezła akcja - Gnabry efektownie ograł Badstubera i uderzył sprzed pola karnego minimalnie obok bramki. W 40 min. Gnabry (jeden z niewielu piłkarzy którzy mogą zaliczyć ten mecz do udanych) zagrał świetną miękką piłkę za plecy obrońców do Utha, jednak napastnik Hoffenheim fatalnie spudłował. Po przerwie gospodarze nadal atakowali, jednak z równie kiepską i usypiającą grą co w 1. połowie. Dobrą okazję miał Kaderabek, któremu piłkę wyłożył w polu karnym Gnabry, ale czeski pomocnik uderzył wysoko nad bramką. Hoffenheim grało słabo, ale Stuttgart jeszcze gorzej - goście wyraźnie byli zadowoleni z remisu. W 81 min. padł w końcu dośc kuriozalny gol - po dograniu w pole karne Kaderabek ograł Insuę, strzał Czecha wyblokował na słupek obrońca, piłka wróciła do Kaderabka, który odegrał do Utha, a najlepszy w tym sezonie strzelec Hoffenheim z kilku metrów bez problemu trafił do siatki. Stuttgart rzucił się do poważniejszych ataków dopiero w końcówce, jednak w doliczonym czasie gry nadział się na kontrę - do opuszczonej przez Zielera bramki trafił Uth, ale odgwizdany został spalony (powtórka pozostawia wątpliwości). Mecz do zapomnienia, ale cenne trzy punkty zostają na Rhein-Neckar-Arena.



