Chwilę zajęło mi otrząśnięcie po tym co się wczoraj stało. Taki splot zdarzeń w dwóch różnych meczach rywalizujących o mistrzostwo drużyn to niesamowita rzadkość. Czułem rozczarowanie porównywalne do przegranego scudetto Interu w 2002 roku. Dziś gdy emocje opadły jedynie niesmak jak po [ch**] wódce.
Dzeko bez wątpienia zagrał wczoraj swój najlepszy mecz w tym sezonie. Wychodziło mu dosłownie wszystko czego najlepszym dowodem była bramka na 3:1 zza pola karnego. Zdumiony byłem postawą drugiej linii Rzymian, gdzie przecież żaden z trójki Nainggolan-De Rossi-Strootman w ostatnim tygodniach nie błyszczał formą, sądziłem że Allan z Jorginho ich tam poustawiają. Wiedziałem natomiast że Under będzie szalenie groźny, on dał sygnał wspaniałym lobem który natchnął cały zespół i dalej już poszło. Brak chorego Hamsika był zauważalny, Słowak nawet będąc w słabej formie ma niesamowity wpływ na zespół samą obecnością na boisku. Spokojem i doświadczeniem którego wczoraj Zielińskiemu zabrakło. Słaby występ Polaka, nie udźwignął presji, nie pierwszy raz zresztą. Insigne dwoił się i troił, raz po raz nękał obronę Romy rajdami i zejściami do środka. Za często jednak decydował się na strzał zamiast poszukać innych rozwiązań. Przy takim bramkarzu jak Alisson potrzeba naprawdę precyzyjnych uderzeń by móc pokonać Brazylijczyka (jak ten Mertensa na otarcie łez)
Roma oddała 5 celnych strzałów, z czego 4 wylądowały w bramce Reiny. Bywa, szkoda że akurat w tym momencie.



