Anglicy wygrywają w karnych po raz pierwszy od okresu paleolitu.
Fantastyczne emocje, to jest piękne w piłce nożnej - możesz być obiektywnie gorszy przez 90 minut i czasem wystarczy jedna akcja w końcówce aby odrobić straty. Widząc grę Kolumbijczyków po utracie gola pomyślałem, że jedyną szansę mają w jakimś stałym fragmencie gry, i tak się stało. W 1. połowie dogrywki widać było, jaką pewność siebie uzyskali po wyrównaniu, Anglicy praktycznie nie istnieli. W 2. połowie dał już o sobie znać brak sił u piłkarzy Pekermana, a angielscy rezerwowi dali dobre zmiany (zwłaszcza Vardy, który sprawiał zmęczonym obrońcom sporo problemów).
W rzutach karnych (podobnie jak w całym meczu) nie mogłem się zdecydować, za kim trzymać kciuki. Szkoda Kolumbii, z drugiej strony Anglicy byli lepsi w przekroju 120 minut i chyba bardziej zasłużyli na ten awans. Kto wie, może nawiążą do 1966 r. - drabinka im sprzyja.



