LM: FC Barcelona - Liverpool FC (1/2 01.05.19)

Awatar użytkownika
Morrow
Administrator
Administrator
Posty: 12926
Rejestracja: 15 maja 2006, 22:36
Reputacja: 2053

LM: FC Barcelona - Liverpool FC (1/2 01.05.19)

Post autor: Morrow » 08 maja 2019, 15:14

Emocje trochę już opadły, hejterzy Barcy i kibice Liverpoolu świętują, jedni fani Dumy Katalonii mierzą się z bolesnym rozczarowaniem, inni pochowali głowy w piasku, Valverde został już rozstrzelany i spalony na stosie, a ja spróbuję sobie znowu trochę powymyślać piłkę nożną na nowo.

W świat poszedł wynik i kompromitacja Barcelony, która solidnie drugi rok pracuje na to żeby odebrać PSG miano, które sami Katalończycy im nie tak dawno nadali. Odkładając to wszystko jednak na bok dostaliśmy znakomity półfinał na bardzo wysokim poziomie z obu stron. IMO jeden z najlepszych w ostatnich latach. Po tak wielu spotkaniach gdzie całą rywalizację sprowadzano do strzelenia 1 bramki na wyjeździe i prób grania na 0 z tyłu, dostaliśmy spotkania szalenie intensywne, ze zwrotami akcji jak w kalejdoskopie, z dużą ilością piłkarskiej jakości, gdzie ekipy chciały przede wszystkim strzelać bramki. Chwała spłynie na Liverpool ale warto też tu podyskutować o Barcelonie i to nie jedynie w kontekście frajerstwa.

Pisałem po pierwszym meczu, że po tym co widzieliśmy mógł paść wynik w każdą stronę. I tak naprawdę można napisać to samo o wczorajszym spotkaniu. Czy Liverpool zagrał jakoś nieporównywalnie lepiej w stosunku do pierwszego meczu? No nie. Poszli na całość ale czy szturmowali bramkę Ter Stegena co chwilę jakoś znacznie bardziej niż w pierwszym meczu? No nie. A Barcelona? No przecież oni też wyszli podobnie jak na CN i efekty ich gry były podobne. Nawet Szopen tutaj w przerwie pisał, że Barcelona zdecydowanie lepsza, itp. Tego bym nie napisał ale trudno było powiedzieć, że Barcelona w tej pierwszej połowie grała źle. Różnica polegała na tym, że w Katalonii, poza samą końcówką, byli niesamowicie skuteczni i Messi zagrał wielki mecz, podczas gdy Liverpoolowi nic nie chciało wpaść, a wczoraj role się odwróciły i to Liverpool wszystko trafiał, a Barcy nic nie chciało wpaść choć mieli 100% okazje. Do tego Messi znowu zniknął kiedy Barcelona desperacko potrzebowała choć jednego błysku jego geniuszu.

Zauważcie, że nawet przebieg tych spotkań w pewnym sensie był analogiczny. Bramka Suareza na CN - po chwili zmarnowana setka Mane, na Anfield po golu Origiego, za moment wyrównanie powinien dać Coutinho albo Alba w samej końcówce. Po tym jak już było pozamiatane na CN, Salah miał piłkę żeby dać życie The Reds, wczoraj jak Barca potrzebowała tego jednego gola Suarez miał okazję, którą na CN pewnie tydzień wcześniej by skończył. Mimo takich okazałych wyników, to było jak pojedynek czołowych pięściarzy. Tak jak tydzień temu Barcelona zgrabnie unikała ciosów rywala i sama go punktowała, tak wczoraj popełniała błędy i zbierała praktycznie każdy cios jaki leciał w jej stronę, a sama przecinała powietrze. Wystarczyłoby, że Coutinho, który ma jedną z najlepiej ułożonych prawych nóg na świecie uderzył choćby przyzwoicie, a pewnie czytalibyśmy tu znowu o tym jak Barca deklasowała Liverpool. Te detale. Taki jest futbol i w tym dwumeczu obejrzeliśmy jego całe piękno oraz okrucieństwo w pełnej krasie. Coś wspaniałego.

Klopp uszczelnił defensywę, ograniczył znacznie zapędy swoich ofensywnych bocznych obrońców żeby trzymać skrzydła Barcy w ryzach, Robertson i TAA grali z przodu zachowawczo jak nie oni, za to mocno ofensywnie został usposobiony Henderson. Wyszło na jego choć Barcelona mogła spokojnie strzelić 3 gole w pierwszej połowie. W drugiej zbawieniem Liverpoolu okazała się tak naprawdę kontuzja Robertsona i wejście Wijnalduma. Obrońcy Barcelony zwyczajnie zgłupieli jak Holender na początku drugiej połowy zaczął grać na "9". Popatrzcie sobie na 3 bramkę i reakcje obrońców Barcy, oni nie wiedzieli, który ma go kryć. Te dwa gongi sprawiły, że Barca zwątpiła i już ciężko było podejrzewać, że się otrząśnie. Generalnie jednak założenia Liverpoolu były podobne do meczu na CN. Tam zagrali dobrze i tu zagrali dobrze. Różnica była taka, że wczoraj odwróciła się karma.

Mam pewien problem z Valverde. Trenera rozlicza się z wyniku, a ten jest haniebny, zwłaszcza jak ta historia i okoliczności się powtarzają. Dzisiaj łatwo być mądrym i go poniewierać ale nawet wielu kibicom Barcy ta kunktatorska Barcelona imponowała. Trudno żeby było inaczej, gra wyglądała inaczej niż to co pokazywali przez lata ale równocześnie potrafili tym wyrachowaniem punktować niczym juniorów Real, MU czy Liverpool. Suarez sam przyznał, że założenia na mecz były podobne, a piłkarze dali dupy. Mimo wszystko Klopp, nie mając Salaha, Firmino i tracąc po drodze Robertsona, zdołał przekonać swoich graczy, że z Shaqirim i Origim z przodu zdołają wygrać 4:0 z Barcą, a Valverde nie potrafił natchnąć swojej drużyny do wybronienia 3:0 z CN. Rok temu było to samo więc Valverde ewidentnie ma jakiś problem z dotarciem do głów swoich graczy w konkretnych momentach albo oni są już tak zmanierowani i zaprogramowani, że to prostu nie jest człowiek, który potrafi wyegzekwować od nich koncentrację w tak kluczowym momencie. Inną kwestią jest to że trener Barcy nie miał pomysłu jak odwrócić to 4:0 i przebić się przez ten mur Liverpoolu w końcówce.

Łatwiej byłoby rzucać w tę Barcelonę i jej trenera kamieniami gdyby grali źle od samego początku ale tak po prawdzie to zdecydowały błędy indywidualne i występy poniżej oczekiwań konkretnych jednostek. Jordi Alba, choć to postać IMO antypatyczna i cholernie irytująca, to jeden z najlepszych LB na świecie i to raczej nie podlega dyskusji. Jeśli ktoś powinien dostać baty w Katalonii, to w pierwszej kolejności powinien być on. Najpierw prezentuje Liverpoolowi bramkę na początku meczu i daje nadzieję, a w drugiej połowie... robi dokładnie to samo. Można pisać o reszcie ale tak naprawdę to te dwa błędy natchnęły Liverpool. Hiszpan mógł się nawet zrehabilitować, skończyłby setkę w końcówce pierwszej połowy i pewnie byłoby po dwumeczu ale zdecydowanie to nie był jego dzień. Podobnie zresztą było z Pique, który gra naprawdę świetnie w tym sezonie, wczoraj jednak Henderson go przestawił niczym jakiegoś Rojo, a przy trzeciej bramce statystował przy Wijnaldumie. Detale, które były decydujące.

Można pisać o anonimowych występach Coutinho i Rakiticia ale chyba oddzielny akapit należy się Messiemu. Tak naprawdę ciężko wytłumaczyć co się stało z Argentyńczykiem przez te kilka dni. Na CN wszędzie go było pełno, gole golami ale to był faktycznie lider na boisku z krwi i kości. To był naprawdę imponujący występ. Wczoraj Messi praktycznie nie istniał, dwa czy trzy raz się rozpędził z piłką, oddał jeden strzał, który pewnie na CN by mu wpadł, a poza tym był gdzieś z boku. I to nie było tak, że Liverpool go przycisnął, został sfaulowany raptem raz, nie miał żadnego plastra a podawał tylko 35 razy, zaliczył aż 17 strat, tylko Alba miał więcej. Zupełnie niezrozumiały występ dla mnie. A właśnie wczoraj był ten moment kiedy Barcelona potrzebowała go w tym sezonie najbardziej. Tak samo jak rok temu w Rzymie.

Brawa dla Liverpoolu, brawa dla Kloppa. Czytałem ostatnio, że Guardiola różni się od Kloppa tym, że wygrywa tytuły. Dziś znalazłem kontrę i ktoś inny stwierdził, że Pep w Europie efektownie odpada, za to Klopp pięknie awansuje. Coś w tym może jest. Tak czy siak, zapowiada się bardzo ciekawy finał, niezależnie kto w nim ostatecznie zagra choć chyba większość chciałaby zobaczyć ten zwariowany Ajax na tle drużyny Niemca. Dowiemy się za kilka godzin ale i tak ostrzę już sobie zęby na 1 czerwca. To zdecydowanie jedna z najfajniejszych i najlepszych edycji LM w ostatnich latach. Dawno te rozgrywki nie dawały aż tylu emocji. Oby tak do samego końca.

Wróć do „Puchary Europejskie”