Nie miałam okazji wcześniej tu zajrzeć, ale jak czytam te wasze wypowiedzi (tzn. większości) to oczom nie wierzę. Nie komentuję ich, bo szkoda słów i nerwów.
Mój ojciec jest hodowcą gołębi pocztowych, bo to taka tradycja na Śląsku. Miał tam jechać. Umówił się z kolegami na 15.30, więc mieli tam wszyscy być przed 17. Jednak mój tato rozmyślił sie, bo stwierdził, że woli popatrzeć na skoki narciarskie. Całe szczęście, że nie pojechał. Jego koledzy byli tam właśnie w czasie tej tragedii. Wszyscy żyją. Są tylko poturbowani, bo dzwonili do mojego ojca po powrocie. Rozcięte ręce, rozwalone głowy. Opowiadali o tym, co się wydarzyło. Po prostu mieli szczęście, że akurat byli przy ścianie a nie w centrum tej hali. Dzięki temu wydostali się szybko na zewnątrz.
Nie wiem do jakich rozmiarów urośnie ta tragedia, ale na 67 ofiarach chyba się nie skończy.........


