Real Madryt - Las Palmas 2:0 (Diaz 45+3' Joselu 54')
Pomimo posadzenia na ławce Bellinghama oraz braku w wyjściowej jedenastce powracającego po kontuzji Viniciusa Juniora Królewscy dość pewnie pokonali Las Palmas. W pierwszych minutach spotkanie było jeszcze w miarę wyrównane, choć już w 6 min. po fatalnym błędzie Mfulu we własnym polu karnym sytuacji bramkowej nie wykorzystał Rodrygo, uderzając prosto w Alvaro Vallesa. Później przewaga Realu rosła coraz bardziej, jednak przez długi czas znakomicie dysponowany w tym sezonie Valles ratował Las Palmas przed utratą gola. W 21 min. Valles znakomicie obronił uderzenie Joselu, a w 33 min. po dobrze rozegranej akcji Królewskich bramkarz zespołu z Wysp Kanaryjskich był na posterunku po uderzeniu Nacho. Groźne sytuacje pod bramką gości mnożyły się, w 44 min. po prostym błędzie Erica Curbelo i akcji prawym skrzydłem piłkę dostał w polu karnym Joselu, ale znów przegrał pojedynek z Vallesem. Gol dla Królewskich wisiał w powietrzu, aż w końcu padł w doliczonym czasie gry - Brahim Diaz uderzył pod poprzeczkę, tym razem Valles nie mógł nic zrobić. Po przerwie Real nie nacierał już w takim tempie i z taką intensywnością jak w 1. połowie, pozwalając Las Palmas więcej pograć piłką, a nawet rozgrywać ataki pozycyjne. Mimo to w 54 min. zespół z Santiago Bernabeu podwyższył prowadzenie - Rodrygo idealne dośrodkował na głowę Joselu, a nieskuteczny w 1. połowie napastnik tym razem głową posłał piłkę do siatki. Real wciąż był groźny w ataku, po wejściu na boisko aktywny był Vinicius, ale reszta spotkania przebiegała już bez większych emocji.
Porażka z Realem Madryt na Santiago Bernabeu była oczywiście do przewidzenia, a w poprzedniej kolejce Las Palmas odniosło swoje pierwsze ligowe zwycięstwo, pokonując Granadę 1:0 po golu zdobytym w doliczonym czasie gry przy grze w osłabieniu. Głównym problemem drużyny z Gran Canarii pozostaje indolencja w ofensywie - pomimo sporego posiadania piłki i licznych ataków pozycyjnych w kolejnych meczach brakuje sytuacji bramkowych.



