I jeszcze mieli karnego minimalnie spudłowanego przez Mo'ungę, który okazał się słabym kopaczem, nawet w porównaniu z jego vis a vis z ekipy Spring Boksów czyli Handre Pollardem, który wykorzystał wszystkie cztery karne!
Jednak czerwona kartka w pierwszej połowie dla kapitana All Blacks, wyraźnie ustawiła ten mecz (nie będę dywagował czy zasłużona czy nie, bo się nie znam), chociaż i przed nią zdecydowaną przewagę mieli grający bardziej siłowo Afrykanerzy.
Dopiero w drugiej połowie przy zmęczeniu rywala i bardziej technicznej grze Nowozelandczyków, i nie bez znaczenia była żółta kartka dla kapitana RPA (przez którą 10 minut oba zespoły grały po 14) uwidoczniła się przewaga All Blacks, co skończyło się jednym przyłożeniem, ale podwyższenie z ostrego konta się nie powiodło, a na więcej sił (a może i umiejętności) zabrakło! I mimo tego że obrońcy tytułu w drugiej połowie nie zdobyli ani jednego punktu, dowieźli najniższe prowadzenie do końca i powtórzyli swój sukces sprzed czterech lat. I to (bez sprawdzania) mogę napisać pierwszy przypadek, że mistrz wszystkie trzy mecze fazy pucharowej wygrał jednym oczkiem. Komentatorzy mówili, że to trzeba umieć, a moim skromnym zdaniem mieli więcej szczęścia niż rozumu i równie dobrze mogli już odpaść w ćwierćfinale z gospodarzami turnieju.
Sam finał ostatecznie mnie rozczarował, dopiero w drugiej połowie zaczęło się trochę dziać, ale to trochę za mało jak na zwieńczenie wielkiego turnieju...



