Spoiler:
W dniach 5-13 października spełniłem moje wielkie marzenie: odwiedziłem Nowy Jork (i nie tylko). 8 pełnych dni wydawało nam się za dużo na tylko to miasto [po czasie zmieniam zdanie o 180 stopni), więc po przeanalizowaniu mapy stwierdziliśmy, że robimy tripa. Plan założony i spełniony praktycznie co do joty, a nie było to łatwe. Do rzeczy: lądujemy i jedziemy od razu z lotniska do Niagary, później Toronto i Waszyngton - plan na pierwsze 4 dni, później oddajemy auto na lotnisko i mamy 4 dni na wisienkę/truskawkę na torcie - Big Apple. Na Filadelfię czasu brak. I na spotkanie z Magnumem.
Lot mamy bez przesiadki Dreamlinerem [wolałem dopłacić] z posiłkami i napojami, więc odrobina luksusu hehe. Fajnie i szybko zleciało.


Lądujemy po 20:00 czasu miejscowego i o 22:00 odbieramy jak się okazało zupgrade’owane bez naszego słowa auto - Nissan Maxima z przejechanymi niecałymi 5000 km. Fajnie, bo tnąc koszty [byłem tylko z dziewczyną] wzięliśmy najtańszego pierdka a’la Yaris. Sorry, taki mam klimat.
Jazda po NY to walka o życie, tyle dróg i tak zapierdalają, że śmiało mogę nazwać to dżunglą. Próbując wyjechać z miasta źle skręciłem i pojechałem na Manhattan, o jezusiku nazarejski, poszło dużo kurw pod nosem, no ale trzeba walczyć. Rekompensatą są pierwsze widoki na wieżowce. Tylko kątem oka widziałem, bo musiałem toczyć bój na drodze w tym nierównym pojedynku, ale wyglądało to wspaniale.
Plan zakładał, że ujedziemy tyle na ile mi powieki pozwolą [perfekcyjnie byłoby dojechać bez spania], ale te nie są łaskawe przy nocnych jazdach. I albo bierzemy motel po drodze, albo śpimy w aucie. Wygrała opcja nr 2 - brak sensownych miejsc do spania - tu akurat USA na minus dla mnie, bo spodziewałem się dużo moteli po trasie. No nic, czasem tak bywa, akurat dla nas to nie jest wielki problem. Zajeżdżamy na parking niedaleko zjazdu z autostrady i śpię jakieś 3h, po czym ruszam świeżutki [tiaa] w drogę do Niagary. Dobrze, że w aucie fotele rozkładały się prawie do poziomu, więc nie było tragedii ze snem. Jedziemy też przez wsie, i tak jak Magnum pisał - poznajemy więcej Ameryki. Już jestem zachwycony, wszystko tak jak w filmach - ich auta, domy, cpn-y, ulice czy chodniki - dla mnie bomba. Całe życie widziałem to w TV, a teraz oglądam na żywo. Póki pamiętam: oni w ogóle nie mają płotów. Widziałem może ze trzy, i na ich widok byłem zdziwiony, że ooo są.
Nasze auto na pierwszym zdjęciu:







Dojeżdżamy do Warszawy:

Około 12:00 dojeżdżamy na parking, skąd jest ok. 1 km do wodospadu. Informacyjnie: Wodospad Niagara leży na granicy państw i położony jest w miejscowości Niagara Falls - tak samo nazywa się w USA i Kanadzie. Powoli dochodzimy do jego części po amerykańskiej stronie. Woda płynie bardzo szybko, rzeka jest szeroka.


Za chwilę widzimy tylko fragment, bo po tej stronie słabo widać.

Idziemy piechotą przez most do Kanady i już z niego widać nie tylko lepiej amerykańską część, ale i - atrakcyjniejszą kanadyjską. Zgapiliśmy i nie poprosiliśmy o pieczątkę do paszportu.



Ze strony kanadyjskiej super widać oba wodospady, podeszliśmy promenadą do miejsca spadania wody - świeeeetny widok i przeżycie. Naprawdę. Ogrom masy wody nieustannie przemieszczającej się. Jaki malutki i nieznaczący jestem dla tej planety, heh.

Do tego popłynęliśmy statkiem pod wodospad - tam to dopiero była jazda - każdy dostaje płaszcz przeciwdeszczowy.


Huk jaki wydaje ta bestia przyprawia o gęsią skórkę, te hektolitry wody, ten ogrom wodospadu - fantastyczne przeżycie. Wracamy do USA i na granicy w Kanadzie płacimy 1$ za powrót. Urzędnicy w USA zadają standardowe pytania - na ile i po co wchodzimy. Poszliśmy jeszcze na wyspę na rzece żeby zobaczyć to cudo z innej perspektyw.
Ogarniamy jedzenie u Hindusów i jedziemy autem do noclegu w Kanadzie - jakieś 15 km od wodospadu. Śpimy w domu na nowym osiedlu.


Na drugi dzień wyjeżdżamy do Toronto, 1,5 h jazdy tylko, bardzo przyjemne miasto: czyste i spokojne.


Ratusz miejski:






Tu wieża CN - 553 m wys. daje jej miano najwyższej budowli na zachodniej półkuli:

Taki tam szpital:

Zarówno w Kanadzie jak i USA dużo jest wiewiórków, głównie czarny...afroamerykańskich; w każdym chyba parku je widzieliśmy.

Zaszliśmy do sklepu, ich niektóre produkty są w rozmiarze XXL. Na zdjęciu ten jogurt nie wygląda na ogromny, a taki był.
Jeśli chcecie kupić puszkę Coli na sztuki, to zapomnijcie - sześciopak to najmniejsza jednostka.

Kanada. Tu nawet bezdomny pod mostem ma porządek w swoich 4 kątach, lol:

Spędzamy tu parę godzin i znowu w drogę. Do stolycy Juesej. Znowu nie wiemy ile ujadę w nocy, i znowu powtórka z rozrywki, ale obiecuję, że to ostatnie nasze cebulowanie. Plan napięty jak plandeka na żuku, więc podświadomość pozwala mi kimać 3-4 h i dalej w drogę. Odległości są bardzo duże jak na polskie warunki: NY - Niagara prawie 700 km, Toronto - Waszyngton prawie 800. Nie ma lekko, ale wiedziałem na co się piszę, więc o kryzysie nie ma mowy.
Napawam się Ameryką, jest super. A to podziwiamy na wsiach liczne ozdoby Halloweenowe, a to miejscowy cmentarz, albo na autostradach niezliczone ciężarówki lub nietypowe pickupy. Albo...sygnalizacje. Po prostu Amerykę.





Na autostradach przed miastami miliony aut:



Dojeżdżamy w końcu do celu, ale najpierw krótki wypad do Cmentarza Narodowego w Arlington obok Waszyngtonu,


a następnie pod Pentagon. Tam próbując znaleźć fajne miejsce na zrobienie zdjęcia wjeżdżamy w jakąś drogę jednokierunkową ze szlabanem, nie ma odwrotu, więc podjeżdżamy i czekamy na strażnika. Nie wiem gdzie wjechałem, otoczka ściśle kontrolowanego miejsca, ale chyba jednak tylko na parking pracowników, chwilę niepewności i stresu i zostaliśmy wpuszczeni. Przy robieniu zdjęć jesteśmy poinformowani przez jakiegoś typa, że nie wolno robić, ale i tak mi się udało. Zapomnijcie o foci z ujęciem konturu pięciokątu.



Idziemy do memoriału ofiar 9/11.



Następnie udajemy się już do stolicy, na szczęście jest niedziela i parkingi są za friko [tak to z 5$/h]. Nazajutrz w sumie też, bo jakieś święto jest. Kilkadziesiąt baksów w kieszeni.
Idziemy do Memoriału Jeffersona, następnie edukacyjną ścieżką do pomniku Martina Luthera Kinga i pomnika Weteranów Wojny w Korei. I tu stop. Ten ostatni mnie zachwycił, wszystko zrobione z taką gracją, kunsztem, taktem, że jestem zachwycony. I nie tylko tym będę zachwycony, bo trzeba przyznać, że potrafią to robić Amerykanie. Niby skromne, a z rozmachem. Nie pierwszy i nie ostatni raz jestem zachwycony ich talentem do takich rzeczy. Mega mi się podobają.






Dalej idziemy do Mauzoleum Lincolna, które też bardzo mi się podoba. Siedzi sobie papcio Abraham na fotelu i patrzy na mnie z góry.

Stąd mamy widok w linii prostej na Pomnik Waszyngtona oraz w tle na Kapitol Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Podchodzimy bliżej wspomnianego pomnika i odbijamy w lewo na Biały Dom. Ciężko zrobić dobrą fotę z daleka, ale spod płotu to już mniejszy problem. Czuć atmosferę miejsca - ochrona na dachu, odpalone auta osobowe policji obok budynku, do tego kręcą się tajniaki koło domu.

Pod masywnym płotem jakaś mała manifestacja Palestyńczycy vs Żydki.

Spytałem ochroniarza czy Bajdenek jest w chacie, to odpowiedział: „maybe”.
Idziemy pod Kapitol. Po drodze kadr jak z filmu.


Nie udało nam się wejść do pobliskiego Air and Space Museum. Szkoda, bo bardzo chciałem, można było od niego zacząć zwiedzanie, nazajutrz też nie wejdziemy, bo jak mówiłem jakieś święto było. Cóż, mój błąd w planowaniu. Jedziemy do noclegowni, pokój w hotelu nas rozpieszcza jeśli chodzi o łóżka [to, o czym pisał już Eyesmon]. Odpowiem z góry - spaliśmy osobno.

Na drugi dzień idziemy do Capitol Visitor Centre, gdzie najpierw oglądamy krótki, ale ciekawy i fajnie zmontowany film o dziejach USA, a za chwile z przewodnikiem, tzn. przewodniczką zwiedzamy budynek słuchając trochę historii założenia kraju. Fajne miejsce.






Stąd korytarzem idziemy do Biblioteki Kongresu. Ale odjebane miejsce. Szczena opada.






Tu nawet toalety są odjebane.

Bardzo podobał mi się Waszyngton, wygląda na żywo jak z obrazka, czuć powagę tego miejsca, dużo memoriałów, budynków rządowych [ichniejszych ministerstw], świetnie zaprojektowany, bardzo zadbany. Na spokojnie można tu spędzić 2-3 dni i się nie nudzić.
Dobra, czas do domu… tzn. do NY aby oddać auto. 400 km przed nami.
Prawie wszystko poszło zgodnie z planem, dojeżdżamy na czas, zgapiłem i nie zatankowałem wcześniej i musiałem skorzystać z cpn-u pod lotniskiem gdzie przepłacam 4,4 zamiast 3,8$/galon.
Oddajemy auto i kierujemy się na Brooklyn do naszego noclegu z Airbnb. Świetnie udało się znaleźć, 4 dni za 266$, co jest bardzo dobrą ceną. Niedaleko mamy stację metra. Przez 3 z 4 dni nie widzimy nikogo w domu, jest mega czysto, mamy mały pokój, ale wszystko jest bez zarzutu.
No to lecim na Szczecin.
Zaczynamy od Mostu Brooklińskiego, skąd mamy panoramę na Manhattan.


Przyjemny spacer i już jesteśmy na najbardziej znanej dzielnicy świata. FANTASTYCZNE widoki, co za wieżowce, cóż za biurowce, jakie budowle. WOW. Widok nie do opisania, na każdym kroku podnoszę głowę i łapię się za nią [to tylko przenośnia].



I mógłbym tak wklejać i wklejać i wklejać...
Odwiedzamy Chinatown i Little Italy; dupy nie urywa, no ale widziałem, oceniłem i więcej bym nie wrócił.



Stawki za parking podziemny w mieście.

Na takim były podobne.

Idziemy pod stację metra Oculus,


która sąsiaduje z nowym WTC oraz 9/11 Memorial Pools [ponowny zachwyt nad gustem z jakim zrobiono]. Nowe WTC postawione jest obok, a w miejscach wież są memoriały.


Idziemy dalej na Wall Street, pod NYSE, gdzie bezdomny je sobie truskaweczki,



do symbolu giełdy - byka. Kolejki do zrobienia zdjęcia z nim są ogromne, ale ja tylko cykam samego byka.

Wracamy spacerem przez Brooklyn Bridge z pięknym nocnym widokiem na miasto do The Brooklyn Tabernacle, gdzie byliśmy już wcześniej, ale nie było oczekiwanego przez nas śpiewu gospelu, tylko kazanie pastora o polskich korzeniach. No, a teraz mocno spóźnieni wchodzimy i śpiewy są. Kierowani jak filmach przez jakieś 5 osób, którzy co kilkanaście metrów instruują nas gdzie mamy iść [jakby na nas czekali
] w końcu siadamy na wyznaczone nam miejsce i słuchamy. Nie było klaskających Murzynów na scenie, ale za to jakieś 99% widowni to czarni. Dziwne uczucie, ale nietypowe przeżycie. Jakiś Murzyn z widowni w gajerze stał i trzymał ręce w górze jak w filmach.
[na lewo od pierwszego z prawej telewizora]

Po jakimś czasie pastor zapowiedział jakiegoś typa z Kenii co gadał przez jakąś godzinę o swoim życiu. Chciałem wyjść, ale baza nie dała zielonego światła: „siedzimy do końca bo głupio wychodzić”. Dyskusji nie ma. Mówcą okazał się on: https://en.wikipedia.org/wiki/Charles_Mulli
Wracamy jeszcze na Most Brookliński, bo pogoda sprzyja i mamy wciąż energię. Widoki super, ale to już wiecie. Koniec dnia pierwszego z czterech.


Drugi dzień rozpoczynamy od wizyty w Little Island, czyli takiej konstrukcji na rzece Hudson:

Dobre miejsce na relaks ze świetnymi widokami na miasto.


Stamtąd zaczynamy spacer High Line Parkiem, czyli konstrukcji powstałej na dawnej linii kolejowej o długości 2,33 km. Są pozostałości po torach.
Niesamowity spacer, zajebiście zagospodarowany teren, widoki TOP. Miejscami dużo ludzi, no ale nie ja jeden chciałem zobaczyć to miejsce.
Takie tam widoki na miasto:






Empire State Building - ikona zarówno miasta, jak i kraju:

Dochodzimy do mekki neonów i reklam, mili państwo oto Times Square:


Szalone i męczące miejsce, pełno ludzi, wrócimy tu jeszcze 2x nocą, więc idziemy dalej przez Rockefeller Centre,

w kierunku Summit One Vanderbilt, po drodze mamy widok na Chrysler Building.

Summit to 3 poziomowy taras widokowy na 91, 92 i 93 piętrze. To ostatnie jest na 368 m wysokości. Nieźle. Srałem się przed wejściem, bo mam lęk wysokości i nigdy nie wchodzę w takie miejsca - stany zawałowe, zawroty głowy, miękkie kolana, itp. No, ale partnerka mnie wspierała, a do tego chciałem się jej tam oświadczyć, więc te argumenty ostatecznie mnie tam zaniosły.
Widoki fantastyczne, weszliśmy o 15:30 i byliśmy 3,5h, więc widzieliśmy panoramę miasta w dzień i w nocy. Petarda widoki, już tęsknie.









Wracamy przez Times Square do domu po dniu pełnym wrażeń.



Kolejny dzień to chillout w Central Parku, nie muszę mówić, że jest zajebisty, c’nie? W parku jest jednokierunkowa droga z pasami dla: biegaczy, rowerów i dorożek. Do tego chodniki po obu stronach. Najs.


My leżymy na trawie podziwiając trening dzieci w bejsbola, a w tle wieżowce. Później idziemy w głąb parku nad jezioro.





Nawet fryzjer jest:

Wracamy do domu przez Times Square - jest tak samo szalony jak podczas dwóch poprzednich odwiedzin.


A tu spotkany w dzień bezdomny[?], nie je byle czego, ładuje sobie telefon, taki jakiś jak nie bezdomny:

Ostatni dzień jest trochę męczący bo zjebaliśmy logistycznie wczoraj i nie dosyć, że chodzimy z bagażami, to jeszcze musimy udać się dziś w 2 przeciwległe kierunki Manhattanu, jestem zły.
Najpierw płyniemy promem obok Statuy Wolności, na powrocie super widok na Dolny Manhattan:



I odwiedzamy Muzeum Amerykańskich Indian.


Następnie jedziemy pod Central Park, bo mamy nie załatwione sprawy: idziemy pod słynny Hotel Plaza [znany filmowy Kevin mieszkał tutaj],

naprzeciwko którego znajduje się równie sławny sklep Apple’a [to małe szklane; jest to jednak samo wejście, bo sklep jest pod ziemią].

Ostatnim celem zwiedzania jest fontanna w Central Parku, również znana z Kevina. Dupy nie urywa, no ale od tego momentu ten film będę już inaczej oglądać.

Wracamy powoli na lotnisko, najpierw metrem, a później autobusem. Kurde, tutaj na sam koniec wyjazdu trochę się boję okolicy, w której czekamy na transport. Po wyjściu z metra od razu słyszę głośna muzykę na ulicy, gdzie 100% ludzi to Murzyni. My, bidne, mikre białaski idziemy tak sobie na przystanek mijając w uliczkach grupy młodych. Czekamy, kupiliśmy po drodze 1$ slice pizza. A to ktoś przejedzie głośnym autem, a to mija nas jakiś naćpany czy [ch**] wie co, a to młodziak skuterem przejedzie obok bagażu. No sytuacja nie do końca komfortowa, a autobus mocno się spóźnia. No, ale przyjeżdża, wchodzimy do mocno załadowanego pojazdu, gdzie znowu jesteśmy jedynymi białymi. Tak trochę dziwnie ponownie, nie przywykłem.
I pamiętajcie, że:

Czekamy na samolot i okazuje się, że mamy spóźnienia 4h. Dostajemy vouchery po 15$ na osobę, za co kupujemy to:

Ogólnie nie ma bidy, bo złożyliśmy reklamację i bardzo prawdopodobne jest, że dostaniemy 300, a mooże 600E odszkodowania. Czekamy na decyzję.
Słowem podsumowania.
Nie udało się obejrzeć spektaklu na Broadwayu, ani dziewczynie polecieć helikopterem nad NY. Ja się do tego nawet nie przymierzałem. Nie było to na mojej liście must do, więc bardzo nie przeżywam. Ot, dodatek do wyjazdu. Dziewczynie zepsuło to trochę wyjazd, no, ale życie.
Dużo niebiałych, zakładałem, że będzie ze 30%, a tam gdzie byłem to 50% na bidę.
Nie widziałem pół cm2 nie przyciętego trawnika. Za to poza miastami widziałem, że 90% aut to pickupy i SUVy. Schowajcie się Europejczycy ze swoimi normami spalin hue hue hue.
Ogólnie super trafiliśmy z pogodą, praktycznie ciągle było słonecznie i ciepło, w NY nawet bardzo ciepło. A obawy były, bo kilka dni przed naszym przylotem NY nawiedziły potężne opady [historyczne], zalało ulice i metro.
Na szczęście do naszego przyjazdu wszystko wróciło do normy. Pogoda utrzymała się jeszcze 1 dzień po wylocie. Więc farcik.
Bardzo mało bezdomnych - widziałem może 7 osób. Wiadomo też, że poruszałem się raczej po turystycznych miejscach, ale i tak myślałem, że będzie ich dużo więcej.
Nowy Jork zmienił moje życie, pojechałem z dziewczyną, wróciłem z narzeczoną. Omijajcie to miejsce z daleka, bo jak widzicie można się nieźle wpakować.
Jestem zachwycony Ameryką, wiem, że wyjazd był troszkę na biega, ale takie były okoliczności - jak już jestem, to zobaczyć jak najwięcej. Cieszę się jak dziecko, że udało mi się odwiedzić ten wspaniały kraj. Ludzie są baardzo mili, kultura jazdy autem poza NY - nieosiągalna w PL, a trochę doświadczenia złapałem, bo przejechaliśmy 2060 km w pięciu czy sześciu stanach.
Widziałem w życiu wiele miast, ale takiego wrażenia jak NY zrobił na mnie nie doświadczyłem nigdzie.
Chcę tam wrócić.
Lot mamy bez przesiadki Dreamlinerem [wolałem dopłacić] z posiłkami i napojami, więc odrobina luksusu hehe. Fajnie i szybko zleciało.


Lądujemy po 20:00 czasu miejscowego i o 22:00 odbieramy jak się okazało zupgrade’owane bez naszego słowa auto - Nissan Maxima z przejechanymi niecałymi 5000 km. Fajnie, bo tnąc koszty [byłem tylko z dziewczyną] wzięliśmy najtańszego pierdka a’la Yaris. Sorry, taki mam klimat.
Jazda po NY to walka o życie, tyle dróg i tak zapierdalają, że śmiało mogę nazwać to dżunglą. Próbując wyjechać z miasta źle skręciłem i pojechałem na Manhattan, o jezusiku nazarejski, poszło dużo kurw pod nosem, no ale trzeba walczyć. Rekompensatą są pierwsze widoki na wieżowce. Tylko kątem oka widziałem, bo musiałem toczyć bój na drodze w tym nierównym pojedynku, ale wyglądało to wspaniale.
Plan zakładał, że ujedziemy tyle na ile mi powieki pozwolą [perfekcyjnie byłoby dojechać bez spania], ale te nie są łaskawe przy nocnych jazdach. I albo bierzemy motel po drodze, albo śpimy w aucie. Wygrała opcja nr 2 - brak sensownych miejsc do spania - tu akurat USA na minus dla mnie, bo spodziewałem się dużo moteli po trasie. No nic, czasem tak bywa, akurat dla nas to nie jest wielki problem. Zajeżdżamy na parking niedaleko zjazdu z autostrady i śpię jakieś 3h, po czym ruszam świeżutki [tiaa] w drogę do Niagary. Dobrze, że w aucie fotele rozkładały się prawie do poziomu, więc nie było tragedii ze snem. Jedziemy też przez wsie, i tak jak Magnum pisał - poznajemy więcej Ameryki. Już jestem zachwycony, wszystko tak jak w filmach - ich auta, domy, cpn-y, ulice czy chodniki - dla mnie bomba. Całe życie widziałem to w TV, a teraz oglądam na żywo. Póki pamiętam: oni w ogóle nie mają płotów. Widziałem może ze trzy, i na ich widok byłem zdziwiony, że ooo są.
Nasze auto na pierwszym zdjęciu:







Dojeżdżamy do Warszawy:

Około 12:00 dojeżdżamy na parking, skąd jest ok. 1 km do wodospadu. Informacyjnie: Wodospad Niagara leży na granicy państw i położony jest w miejscowości Niagara Falls - tak samo nazywa się w USA i Kanadzie. Powoli dochodzimy do jego części po amerykańskiej stronie. Woda płynie bardzo szybko, rzeka jest szeroka.


Za chwilę widzimy tylko fragment, bo po tej stronie słabo widać.

Idziemy piechotą przez most do Kanady i już z niego widać nie tylko lepiej amerykańską część, ale i - atrakcyjniejszą kanadyjską. Zgapiliśmy i nie poprosiliśmy o pieczątkę do paszportu.



Ze strony kanadyjskiej super widać oba wodospady, podeszliśmy promenadą do miejsca spadania wody - świeeeetny widok i przeżycie. Naprawdę. Ogrom masy wody nieustannie przemieszczającej się. Jaki malutki i nieznaczący jestem dla tej planety, heh.

Do tego popłynęliśmy statkiem pod wodospad - tam to dopiero była jazda - każdy dostaje płaszcz przeciwdeszczowy.


Huk jaki wydaje ta bestia przyprawia o gęsią skórkę, te hektolitry wody, ten ogrom wodospadu - fantastyczne przeżycie. Wracamy do USA i na granicy w Kanadzie płacimy 1$ za powrót. Urzędnicy w USA zadają standardowe pytania - na ile i po co wchodzimy. Poszliśmy jeszcze na wyspę na rzece żeby zobaczyć to cudo z innej perspektyw.
Ogarniamy jedzenie u Hindusów i jedziemy autem do noclegu w Kanadzie - jakieś 15 km od wodospadu. Śpimy w domu na nowym osiedlu.


Na drugi dzień wyjeżdżamy do Toronto, 1,5 h jazdy tylko, bardzo przyjemne miasto: czyste i spokojne.


Ratusz miejski:






Tu wieża CN - 553 m wys. daje jej miano najwyższej budowli na zachodniej półkuli:

Taki tam szpital:

Zarówno w Kanadzie jak i USA dużo jest wiewiórków, głównie czarny...afroamerykańskich; w każdym chyba parku je widzieliśmy.

Zaszliśmy do sklepu, ich niektóre produkty są w rozmiarze XXL. Na zdjęciu ten jogurt nie wygląda na ogromny, a taki był.

Kanada. Tu nawet bezdomny pod mostem ma porządek w swoich 4 kątach, lol:

Spędzamy tu parę godzin i znowu w drogę. Do stolycy Juesej. Znowu nie wiemy ile ujadę w nocy, i znowu powtórka z rozrywki, ale obiecuję, że to ostatnie nasze cebulowanie. Plan napięty jak plandeka na żuku, więc podświadomość pozwala mi kimać 3-4 h i dalej w drogę. Odległości są bardzo duże jak na polskie warunki: NY - Niagara prawie 700 km, Toronto - Waszyngton prawie 800. Nie ma lekko, ale wiedziałem na co się piszę, więc o kryzysie nie ma mowy.





Na autostradach przed miastami miliony aut:



Dojeżdżamy w końcu do celu, ale najpierw krótki wypad do Cmentarza Narodowego w Arlington obok Waszyngtonu,


a następnie pod Pentagon. Tam próbując znaleźć fajne miejsce na zrobienie zdjęcia wjeżdżamy w jakąś drogę jednokierunkową ze szlabanem, nie ma odwrotu, więc podjeżdżamy i czekamy na strażnika. Nie wiem gdzie wjechałem, otoczka ściśle kontrolowanego miejsca, ale chyba jednak tylko na parking pracowników, chwilę niepewności i stresu i zostaliśmy wpuszczeni. Przy robieniu zdjęć jesteśmy poinformowani przez jakiegoś typa, że nie wolno robić, ale i tak mi się udało. Zapomnijcie o foci z ujęciem konturu pięciokątu.



Idziemy do memoriału ofiar 9/11.



Następnie udajemy się już do stolicy, na szczęście jest niedziela i parkingi są za friko [tak to z 5$/h]. Nazajutrz w sumie też, bo jakieś święto jest. Kilkadziesiąt baksów w kieszeni.
Idziemy do Memoriału Jeffersona, następnie edukacyjną ścieżką do pomniku Martina Luthera Kinga i pomnika Weteranów Wojny w Korei. I tu stop. Ten ostatni mnie zachwycił, wszystko zrobione z taką gracją, kunsztem, taktem, że jestem zachwycony. I nie tylko tym będę zachwycony, bo trzeba przyznać, że potrafią to robić Amerykanie. Niby skromne, a z rozmachem. Nie pierwszy i nie ostatni raz jestem zachwycony ich talentem do takich rzeczy. Mega mi się podobają.






Dalej idziemy do Mauzoleum Lincolna, które też bardzo mi się podoba. Siedzi sobie papcio Abraham na fotelu i patrzy na mnie z góry.

Stąd mamy widok w linii prostej na Pomnik Waszyngtona oraz w tle na Kapitol Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Podchodzimy bliżej wspomnianego pomnika i odbijamy w lewo na Biały Dom. Ciężko zrobić dobrą fotę z daleka, ale spod płotu to już mniejszy problem. Czuć atmosferę miejsca - ochrona na dachu, odpalone auta osobowe policji obok budynku, do tego kręcą się tajniaki koło domu.

Pod masywnym płotem jakaś mała manifestacja Palestyńczycy vs Żydki.

Spytałem ochroniarza czy Bajdenek jest w chacie, to odpowiedział: „maybe”.
Idziemy pod Kapitol. Po drodze kadr jak z filmu.


Nie udało nam się wejść do pobliskiego Air and Space Museum. Szkoda, bo bardzo chciałem, można było od niego zacząć zwiedzanie, nazajutrz też nie wejdziemy, bo jak mówiłem jakieś święto było. Cóż, mój błąd w planowaniu. Jedziemy do noclegowni, pokój w hotelu nas rozpieszcza jeśli chodzi o łóżka [to, o czym pisał już Eyesmon]. Odpowiem z góry - spaliśmy osobno.

Na drugi dzień idziemy do Capitol Visitor Centre, gdzie najpierw oglądamy krótki, ale ciekawy i fajnie zmontowany film o dziejach USA, a za chwile z przewodnikiem, tzn. przewodniczką zwiedzamy budynek słuchając trochę historii założenia kraju. Fajne miejsce.






Stąd korytarzem idziemy do Biblioteki Kongresu. Ale odjebane miejsce. Szczena opada.






Tu nawet toalety są odjebane.

Bardzo podobał mi się Waszyngton, wygląda na żywo jak z obrazka, czuć powagę tego miejsca, dużo memoriałów, budynków rządowych [ichniejszych ministerstw], świetnie zaprojektowany, bardzo zadbany. Na spokojnie można tu spędzić 2-3 dni i się nie nudzić.
Dobra, czas do domu… tzn. do NY aby oddać auto. 400 km przed nami.
Prawie wszystko poszło zgodnie z planem, dojeżdżamy na czas, zgapiłem i nie zatankowałem wcześniej i musiałem skorzystać z cpn-u pod lotniskiem gdzie przepłacam 4,4 zamiast 3,8$/galon.
Oddajemy auto i kierujemy się na Brooklyn do naszego noclegu z Airbnb. Świetnie udało się znaleźć, 4 dni za 266$, co jest bardzo dobrą ceną. Niedaleko mamy stację metra. Przez 3 z 4 dni nie widzimy nikogo w domu, jest mega czysto, mamy mały pokój, ale wszystko jest bez zarzutu.
No to lecim na Szczecin.
Zaczynamy od Mostu Brooklińskiego, skąd mamy panoramę na Manhattan.


Przyjemny spacer i już jesteśmy na najbardziej znanej dzielnicy świata. FANTASTYCZNE widoki, co za wieżowce, cóż za biurowce, jakie budowle. WOW. Widok nie do opisania, na każdym kroku podnoszę głowę i łapię się za nią [to tylko przenośnia].



I mógłbym tak wklejać i wklejać i wklejać...
Odwiedzamy Chinatown i Little Italy; dupy nie urywa, no ale widziałem, oceniłem i więcej bym nie wrócił.



Stawki za parking podziemny w mieście.

Na takim były podobne.

Idziemy pod stację metra Oculus,


która sąsiaduje z nowym WTC oraz 9/11 Memorial Pools [ponowny zachwyt nad gustem z jakim zrobiono]. Nowe WTC postawione jest obok, a w miejscach wież są memoriały.


Idziemy dalej na Wall Street, pod NYSE, gdzie bezdomny je sobie truskaweczki,



do symbolu giełdy - byka. Kolejki do zrobienia zdjęcia z nim są ogromne, ale ja tylko cykam samego byka.

Wracamy spacerem przez Brooklyn Bridge z pięknym nocnym widokiem na miasto do The Brooklyn Tabernacle, gdzie byliśmy już wcześniej, ale nie było oczekiwanego przez nas śpiewu gospelu, tylko kazanie pastora o polskich korzeniach. No, a teraz mocno spóźnieni wchodzimy i śpiewy są. Kierowani jak filmach przez jakieś 5 osób, którzy co kilkanaście metrów instruują nas gdzie mamy iść [jakby na nas czekali

Po jakimś czasie pastor zapowiedział jakiegoś typa z Kenii co gadał przez jakąś godzinę o swoim życiu. Chciałem wyjść, ale baza nie dała zielonego światła: „siedzimy do końca bo głupio wychodzić”. Dyskusji nie ma. Mówcą okazał się on: https://en.wikipedia.org/wiki/Charles_Mulli
Wracamy jeszcze na Most Brookliński, bo pogoda sprzyja i mamy wciąż energię. Widoki super, ale to już wiecie. Koniec dnia pierwszego z czterech.


Drugi dzień rozpoczynamy od wizyty w Little Island, czyli takiej konstrukcji na rzece Hudson:

Dobre miejsce na relaks ze świetnymi widokami na miasto.


Stamtąd zaczynamy spacer High Line Parkiem, czyli konstrukcji powstałej na dawnej linii kolejowej o długości 2,33 km. Są pozostałości po torach.
Niesamowity spacer, zajebiście zagospodarowany teren, widoki TOP. Miejscami dużo ludzi, no ale nie ja jeden chciałem zobaczyć to miejsce.
Takie tam widoki na miasto:






Empire State Building - ikona zarówno miasta, jak i kraju:

Dochodzimy do mekki neonów i reklam, mili państwo oto Times Square:


Szalone i męczące miejsce, pełno ludzi, wrócimy tu jeszcze 2x nocą, więc idziemy dalej przez Rockefeller Centre,

w kierunku Summit One Vanderbilt, po drodze mamy widok na Chrysler Building.

Summit to 3 poziomowy taras widokowy na 91, 92 i 93 piętrze. To ostatnie jest na 368 m wysokości. Nieźle. Srałem się przed wejściem, bo mam lęk wysokości i nigdy nie wchodzę w takie miejsca - stany zawałowe, zawroty głowy, miękkie kolana, itp. No, ale partnerka mnie wspierała, a do tego chciałem się jej tam oświadczyć, więc te argumenty ostatecznie mnie tam zaniosły.
Widoki fantastyczne, weszliśmy o 15:30 i byliśmy 3,5h, więc widzieliśmy panoramę miasta w dzień i w nocy. Petarda widoki, już tęsknie.









Wracamy przez Times Square do domu po dniu pełnym wrażeń.



Kolejny dzień to chillout w Central Parku, nie muszę mówić, że jest zajebisty, c’nie? W parku jest jednokierunkowa droga z pasami dla: biegaczy, rowerów i dorożek. Do tego chodniki po obu stronach. Najs.


My leżymy na trawie podziwiając trening dzieci w bejsbola, a w tle wieżowce. Później idziemy w głąb parku nad jezioro.





Nawet fryzjer jest:

Wracamy do domu przez Times Square - jest tak samo szalony jak podczas dwóch poprzednich odwiedzin.


A tu spotkany w dzień bezdomny[?], nie je byle czego, ładuje sobie telefon, taki jakiś jak nie bezdomny:

Ostatni dzień jest trochę męczący bo zjebaliśmy logistycznie wczoraj i nie dosyć, że chodzimy z bagażami, to jeszcze musimy udać się dziś w 2 przeciwległe kierunki Manhattanu, jestem zły.
Najpierw płyniemy promem obok Statuy Wolności, na powrocie super widok na Dolny Manhattan:



I odwiedzamy Muzeum Amerykańskich Indian.


Następnie jedziemy pod Central Park, bo mamy nie załatwione sprawy: idziemy pod słynny Hotel Plaza [znany filmowy Kevin mieszkał tutaj],

naprzeciwko którego znajduje się równie sławny sklep Apple’a [to małe szklane; jest to jednak samo wejście, bo sklep jest pod ziemią].

Ostatnim celem zwiedzania jest fontanna w Central Parku, również znana z Kevina. Dupy nie urywa, no ale od tego momentu ten film będę już inaczej oglądać.

Wracamy powoli na lotnisko, najpierw metrem, a później autobusem. Kurde, tutaj na sam koniec wyjazdu trochę się boję okolicy, w której czekamy na transport. Po wyjściu z metra od razu słyszę głośna muzykę na ulicy, gdzie 100% ludzi to Murzyni. My, bidne, mikre białaski idziemy tak sobie na przystanek mijając w uliczkach grupy młodych. Czekamy, kupiliśmy po drodze 1$ slice pizza. A to ktoś przejedzie głośnym autem, a to mija nas jakiś naćpany czy [ch**] wie co, a to młodziak skuterem przejedzie obok bagażu. No sytuacja nie do końca komfortowa, a autobus mocno się spóźnia. No, ale przyjeżdża, wchodzimy do mocno załadowanego pojazdu, gdzie znowu jesteśmy jedynymi białymi. Tak trochę dziwnie ponownie, nie przywykłem.
I pamiętajcie, że:

Czekamy na samolot i okazuje się, że mamy spóźnienia 4h. Dostajemy vouchery po 15$ na osobę, za co kupujemy to:

Ogólnie nie ma bidy, bo złożyliśmy reklamację i bardzo prawdopodobne jest, że dostaniemy 300, a mooże 600E odszkodowania. Czekamy na decyzję.
Słowem podsumowania.
Nie udało się obejrzeć spektaklu na Broadwayu, ani dziewczynie polecieć helikopterem nad NY. Ja się do tego nawet nie przymierzałem. Nie było to na mojej liście must do, więc bardzo nie przeżywam. Ot, dodatek do wyjazdu. Dziewczynie zepsuło to trochę wyjazd, no, ale życie.
Dużo niebiałych, zakładałem, że będzie ze 30%, a tam gdzie byłem to 50% na bidę.
Nie widziałem pół cm2 nie przyciętego trawnika. Za to poza miastami widziałem, że 90% aut to pickupy i SUVy. Schowajcie się Europejczycy ze swoimi normami spalin hue hue hue.
Ogólnie super trafiliśmy z pogodą, praktycznie ciągle było słonecznie i ciepło, w NY nawet bardzo ciepło. A obawy były, bo kilka dni przed naszym przylotem NY nawiedziły potężne opady [historyczne], zalało ulice i metro.
Na szczęście do naszego przyjazdu wszystko wróciło do normy. Pogoda utrzymała się jeszcze 1 dzień po wylocie. Więc farcik.
Bardzo mało bezdomnych - widziałem może 7 osób. Wiadomo też, że poruszałem się raczej po turystycznych miejscach, ale i tak myślałem, że będzie ich dużo więcej.
Nowy Jork zmienił moje życie, pojechałem z dziewczyną, wróciłem z narzeczoną. Omijajcie to miejsce z daleka, bo jak widzicie można się nieźle wpakować.
Jestem zachwycony Ameryką, wiem, że wyjazd był troszkę na biega, ale takie były okoliczności - jak już jestem, to zobaczyć jak najwięcej. Cieszę się jak dziecko, że udało mi się odwiedzić ten wspaniały kraj. Ludzie są baardzo mili, kultura jazdy autem poza NY - nieosiągalna w PL, a trochę doświadczenia złapałem, bo przejechaliśmy 2060 km w pięciu czy sześciu stanach.
Widziałem w życiu wiele miast, ale takiego wrażenia jak NY zrobił na mnie nie doświadczyłem nigdzie.
Chcę tam wrócić.



