Podróże

Awatar użytkownika
Cement
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 4257
Rejestracja: 25 lut 2012, 15:26
Reputacja: 2550
Kibicuję: Cementarnica 55 Skopje

Podróże

Post autor: Cement » 21 lut 2024, 0:29

W styczniu wreszcie zrealizowałem coś, co chciałem zrobić od dawna, mianowicie wyjazd na narty w Alpy. Badałem różne opcje, ostatecznie mój wybór padł na miejscowość Laax w Gryzonii (południowo-wschodnia Szwajcaria), stanowiącą część większego kompleksu narciarskiego obejmującego trzy miejscowości: Laax, Flims i Falera. Zadecydowała nie tylko jakość tras, ale też bliskość jednego z ważniejszych zabytków archeologicznych regionu (prehistoryczne menhiry w miejscowości Falera) oraz ogromne zagęszczenie średniowiecznych zamków w Gryzonii – jest ono związane m.in. z faktem, że przez tą część Alp biegły w średniowieczu ważne szlaki komunikacyjne. Wybrałem się na własną rękę na 9 dni (4 dni nart + 5 dni zwiedzania).

Po przylocie do Zurychu miałem czas by tylko pobieżnie zwiedzić miasto (fantastyczna katedra Grossmünster z romańską kryptą i XV-wiecznym posągiem Karola Wielkiego), po czym udałem się do Chur, stolicy Gryzonii. Miasto jest bardzo ładnie położone na zbiegu alpejskich dolin, niemal całkowicie otaczają je góry. Bardzo podobała mi się starówka z klimatycznymi wąskimi uliczkami i licznymi średniowiecznymi zabytkami (zamek biskupi, katedra St. Maria Himmelfahrt) oraz Rätisches Museum z dobrze urządzoną w podziemiach ekspozycją archeologiczną. Zanim pojechałem do Laax spędziłem dwa dni na zwiedzaniu zamków i kościołów średniowiecznych w okolicach Chur. W pierwszy dzień zrobiłem pojechałem autobusem do miasteczka Zillis-Reischen (za 40-minutowy przejazd 22 franki, szwajcarskie autobusy niestety do tanich nie należą :(). Stamtąd zrobiłem pieszo kilkunastokilometrową pętlę, po drodze ruiny zamków La Tur i Cagliatscha oraz kościoły w Casti, Clugin i samym Zillis-Reischen. Ten ostatni, kościół St. Martin, kryje prawdziwy skarb sztuki romańskiej – słynne XII-wieczne drewniane sklepienie zdobione malowidłami. Niestety, akurat trwała jego konserwacja, skutkiem czego część sklepienia była zasłonięta rusztowaniami, ale ok. połowę można było obejrzeć.
Spoiler:
Nazajutrz wybrałem się w góry na północ od Chur, gdzie zwiedziłem ruiny zamków Rappenstein i Neuburg. Ten pierwszy był zdecydowanie najciekawszym spośród warowni jakie zobaczyłem na tym wyjeździe, jest to bowiem zamek jaskiniowy (höhlenburg), czyli po prostu zamek wbudowany w dużą jaskinię – tego typu założenia obronne występują w Alpach, Turyngii i Czechach. Burg Rappenstein jest fantastycznie położony, w ścianie trudni dostępnego wąwozu, i choć prowadzi do niego górski szlak, dotarcie nie było łatwe (przejście przez bród na rzece i podejście bardzo stromym stokiem). Wejście do zamku znajduje się na wysokości kilku metrów, ale do środka można przecisnąć się poprzez wyłom w dolnej części muru. Co ciekawe, zamek jest położony dość daleko od głównych dolin i szlaków komunikacyjnych, jakby ukryty w tym wąwozie – przypuszcza się, że mógł pełnić funkcję nie tyle twierdzy mającej kontrolować okolicę, ile bezpiecznego schronienia na czas działań wojennych.
Spoiler:
Kolejne cztery dni spędziłem na nartach w Laax – miałem szczęście z pogodą, bowiem na cztery dni jeżdżenia trzy okazały się słoneczne. Tras pomiędzy Laax, Flims i Falerą jest mnóstwo, wyciągów działa ponad 20. Organizacja jest znakomita pod każdym względem. Na większości tras wyciągi kanapowe lub gondolowe (przy czym do głównych stacji kursują duże gondole zabierające po kilkadziesiąt osób), jedynie na sam szczyt kompleksu, Vorab Gletscher na ponad 3000 m, prowadzi stary dobry orczyk :). Zróżnicowanie trudności tras było spore, a przy tym jest ich na tyle dużo, że nawet przy dużej liczbie narciarzy rozpraszają się oni na tyle, że nie ma tłoku. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu, pomimo szwajcarskiej drożyny ceny w gastronomii na stokach okazały się (jak na standardy szwajcarskie, oczywiście) całkiem rozsądne. Znalazłem też czas na zwiedzenie wspomnianych prehistorycznych menhirów w Falerze, bardzo dobrze prezentowały się w zimowej scenerii. W pobliżu były też dwa bloki z prehistorycznymi rytami naskalnymi – na szczęście motywy wyryte były na opadających powierzchniach skalnych na których opierało się słońce i nie były przysłonięte śniegiem. Wieczorami po szusowaniu oglądałem mecze fazy grupowej PNA (musiałem wykupić miesięczną subskrypcję DAZN, które ma w ofercie Sportdigital Fussbal, ale czego się nie robi dla Słoni :D).
Spoiler:
Po opuszczeniu Laax wróciłem do Zurychu – teraz miałem już czas na dokładniejsze zwiedzenie miasta, łącznie z Muzeum Narodowym (kapitalna ekspozycja archeologiczna, ale rozczarował mnie sklepik muzealny, mało literatury archeologicznej). Generalnie historyczne centrum Zurychu na kolana mnie nie rzuciło, aczkolwiek oczywiście niektóre zabytki robią wrażenie.

W ostatni dzień przed wylotem pojechałem pociągiem do włoskojęzycznego kantonu Ticino na jednodniową wycieczkę. O ile Gryzonia to kanton zamków, o tyle Ticino to zagłębie kościołów romańskich (do podboju przez Szwajcarów część tych terenów należała do Księstwa Mediolanu, stąd liczne zabytki w lombardzkim stylu romańskim). Romanizm jest moim ulubionym stylem w architekturze sakralnej, nie mogłem więc nie spróbować zwiedzić ich tyle, na ile miałem czas. Na szczęście kapryśna alpejska pogoda znów mi dopisała. W Giornico zobaczyłem romańską bazylikę San Nicola z absydą zdobioną freskami oraz kryptą, jak również kościół Santa Maria di Castello zbudowany na ruinach zamku oraz późniejszy kościół San Michele. W sąsiednim miasteczku Biasca odwiedziłem romański kościół San Pietro, pięknie położony na zboczu nad miejscowością, ale prawdziwą perłą był górski kościół San Carlo di Negrentino z XII-wieczną dzwonnicą i dwoma apsydami, położony ponad miejscowością Prugiasco – dojechałem autobusem do pobliskiej Acquarossy i stamtąd poszedłem już pieszo. Wnętrze świątyni zdobione jest powstałymi w kilku fazach przepięknymi średniowiecznymi freskami (m.in. Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus, Chrystus z apostołami, św. Ambroży oraz słabo zachowany romański fresk przedstawiający wojsko lub mnichów). Spotkałem w kościele 86-letniego pana Aurelio, przesympatycznego opiekuna kościoła, który odwiózł mnie z powrotem do Acquarossy oszczędzając mi sporo sił. Jak się od niego dowiedziałem, w okolicznych parafiach jest trzech polskich kapłanów – Polacy jak widać ratują wiarę w tradycyjnie katolickim kantonie Ticino :) (w Szwajcarii jest mocny podział historyczny na kantony katolickie i protestanckie).
Spoiler:
Ogólnie rzecz biorąc bardzo udana wycieczka, na szczęście trafiłem na prawie idealną pogodę – w Alpach to zawsze loteria.

Wróć do „Hyde Park”