Z tym się nie zgodzę. Pierwszy sezon - 92 punkty w lidze, wygrana w Pucharze Króla, odpadnięcie dwoma bramkami z najlepszą drużyną na świecie w półfinale Ligi Mistrzów. Drugi sezon - wygrana i 100 punktów w lidze, odpadnięcie po karnych (Ramos, Ronaldo i Kaká spudłowali!) w półfinale Ligi Mistrzów z rewelacyjnym Bayernem, który sezon później sięgnie po tryplet. Trzeci sezon - tutaj zrobił 85 punktów w lidze, ale ile by nie zrobił, musiałby wykręcić ponad 100, żeby zdobyć mistrzostwo w tamtym sezonie. Nie da się tak z roku na rok. Odjechała mu szatnia i zrobił toksyczną atmosferę, ale sportowo to dalej był top. Zresztą potwierdził to rok później wygrywając Premier League z Chelsea.
Naprawdę przyczepić się można jedynie do końcówki sezonu 2012/13, bo to 0-4 z Borussią i przegranie Pucharu Króla z raczkującym jeszcze Atlético nie powinny były się zdarzyć. Takie mecze zaliczał jednak każdy trener, bo nikt nie jest idealny. Więcej w Realu mógłby zrobić jedynie poprzez nieokazanie nawet jednej słabości przeciwko dwóm najlepszym drużynom w tamtym okresie - Barcelonie Guardioli i Bayernowi Heynckesa.
Mourinho z sezonu 2014/15 to ostatni wielki Mourinho. To, co zdarzyło się później nie pozwala mi postawić go na tej samej półce największych, na której stawiam m.in. Fergusona i Guardiolę. Szkot potrafił na nowo odbudować swój futbol, kiedy ten okazywał się nieskuteczny. Odpowiedział na rękawice rzucone przez Wengera i Mourinho, zbudował drużynę na nowo, dał jeszcze radę w trakcie ostatniego tańca uciszyć niesfornego sąsiada, który sezon wcześniej posłał go na deski. Nie poradził sobie jedynie z Hiszpanem, którego wizja futbolu zrewolucjonizowała sposób gry w tej dyscyplinie i który gdzie nie pójdzie, buduje maszyny do wygrywania w pięknym stylu.



