Po świetnym starcie sezonu, pełnym zwycięstw i fajnych momentów, zwłaszcza z Realem Madryt, przyszła klapa z Realem Sociedad. I to w stylu, który raczej nie zadowoli kibiców. Przegrali 0:1, ale to nie był przypadek. Sociedad zagrało naprawdę świetnie, zdominowali Barcelonę na boisku i w zasadzie zasłużenie wygrali. Zaczęło się od tego, że Lewandowski miał bramkę, którą VAR anulował z powodu minimalnego spalonego, na szybko nie chcę tu teraz oceniać czy słuszie, czy nie, widziałem jakieś tam cyrki z butem. Potem Sociedad zaczęło grać jak z nut, a Barcelona – no cóż, bez Lamine’a Yamala (który był nieobecny przez kontuzję) i z rozbitym Lewandowskim – nie była w stanie niczym zagrozić. Real Sociedad grał wysoko, Kubo biegał po boisku jak w transie, a Beckera nikt nie potrafił zatrzymać. W sumie to oni mogli wygrywać 2:0 do przerwy, bo Oyarzabal nie trafił w pustą bramkę.
Po przerwie Barcelona nie stworzyła nic konkretnego. Lewandowski miał jeden czy dwa momenty, ale poza tym, jego występ to była raczej cisza. Co więcej, obrona Barcelony, w tym Kounde i Cubarsi, wyglądała jakby nigdy nie widzieli Kubo i Beckera w akcji. A Sociedad? Ciągle groźni, nie dali Barcelonie odebrać piłki, naciskali, grali agresywnie i po prostu wygrali zasłużenie.
Pod względem taktyki, to Alguacil naprawdę rozpracował Flicka. Wysoki pressing, zmiany, świeżość na boisku – to wszystko dało im przewagę. Barcelona nie miała odpowiedzi. Trener Sociedad zrobił swoją robotę, a piłkarze po prostu to wykorzystali. A jeśli chodzi o Lewandowskiego… No, nie był to jego najlepszy mecz. Wydaje się, że w tym spotkaniu nic mu nie wychodziło, a Barcelona była po prostu bezradna. Oby jak najmniej takich spotkań.



