Z jednej strony Liverpool miał świetną okazję, żeby umocnić się na pozycji lidera Premier League, a z drugiej – United miało szansę na wielką niespodziankę i zwycięstwo na Anfield, czego nie udało im się zrobić od lat. No i ostatecznie – remis.
Pierwsza połowa była dość dziwna, bo mimo że to Liverpool dominował i miał swoje szanse, to jakoś nie potrafili tego wykorzystać. Obrona United była chwilami dramatyczna, ale potrafili się ogarnąć. Sytuacja zmieniła się po przerwie, bo to United wyszło na prowadzenie, a zasługą był Lisandro Martinez, który popisał się naprawdę świetnym uderzeniem. Ale nie oszukujmy się – po drodze były też jakieś mega błędy, jak ten TAA, który na pewno zapamięta ten mecz. Goście się nieco rozkręcili, ale jak się okazało – obaj mieli swoich cichych pomocników w drużynie przeciwnej, bo Matthijs de Ligt załatwił wszystko.
Potem to już było całkowite szaleństwo. Jedna bramka za drugą, błędy w defensywie, Maguire w roli napastnika – nie można było się nudzić. Jakby tego było mało, to Harry postanowił zostać bohaterem meczu, ale niestety bardziej w kategorii „największa wtopa sezonu”. Piłka meczowa w jego nogach, a on – zamiast wpakować ją do siatki – znalazł sposób, by skopać sytuację jak Ramos karniaka. Prawdziwe mistrzostwo w marnowaniu szans.
W końcu wynik 2:2 to pewnie najbardziej sprawiedliwy, ale jeśli miałbym wybrać, kto wyjdzie z tego spotkania z większymi powodami do radości, to wybrałbym Manchester United. Oni w końcu pokazali, że potrafią powalczyć z topowym zespołem i mimo wszystko – byli blisko zwycięstwa. Dla Liverpoolu to strata punktów u siebie, a to nie wróży niczego dobrego w kontekście walki o mistrza. Wciąż mają co poprawiać, zwłaszcza w defensywie.



