Takie mecze jak ten przypominają, dlaczego futbol to coś więcej niż tylko kopanie piłki. Lorenzo Pellegrini, gość, który ostatnio nie mógł wyjść na ulicę, żeby nie usłyszeć jakiegoś hejtu, w jednym momencie zmienił narrację. To, co zrobił przy tej bramce, to esencja piłki – piękno, klasa i trochę tego, czego nikt się nie spodziewał. Lazio w szoku, Provedel bez szans, a za bramką pewnie nagle zaczęli się obejmować ci, którzy chwilę wcześniej chcieli go zlinczować.
Roma zagrała to tak po swojemu – najpierw zdominowali, pokazali, że potrafią, a potem tradycyjnie zaczęły się schody. Ten chaos w drugiej połowie? Klasyk. Lazio atakowało jak szalone, ale brakowało im wykończenia. Svilar? Musi dziś postawić jakąś świeczkę, bo to, co się działo pod jego bramką, to mały horror. A mimo to – czyste konto, trzy punkty, derby wygrane.
Dovbyk – kozak, cichy bohater, odwalał całą czarną robotę. Nie widać go w statystykach, ale każdy, kto widział ten mecz, wie, że bez niego ten mecz wyglądałby inaczej. Lazio się zagotowało, Castellanos wyleciał, El Shaarawy zrobił swoje, a Roma przetrwała. Może i przez ostatnie 20 minut grali jak drużyna ze strefy spadkowej, która kurczowo trzyma się wyniku, ale kto by się tym przejmował, skoro derby są ich.
Ten mecz nie zmienia układu tabeli, ale to nie ma znaczenia. Derby Rzymu to coś więcej niż punkty – to prestiż, emocje, adrenalina. I to, że dziś żółto-czerwona część miasta świętuje do rana, jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Jak dla mnie? Idealny wieczór w stolicy Włoch, dobre derby mimo że bliżej mi do Lazio niż do Romy.



