Marsylia rozpoczęła rok z hukiem, nie ma co ukrywać. 5:1 z Le Havre? To jak sparing, a nie mecz ligowy. Kompletnie inna liga, inny poziom. Widać było, że od pierwszych minut kontrolowali grę, a Le Havre nie miało pomysłu na cokolwiek poza obroną w głębokim bloku. No, ale ile można się bronić, jak rywal ciśnie z każdej strony?
Marsylia świetnie wykorzystała swoje szanse – pięć różnych strzelców, do tego akcje na luzie. Rongier z bramką otwarcia, a później Nadir i Maupay dołożyli swoje. Ten młody Nadir? Niespodzianka w składzie, a strzelił jak stary wyjadacz. Maupay główką – klasyka. No i Merlin! Gość robił, co chciał na skrzydle.
Druga połowa to już była formalność. Wahi wszedł z ławki i od razu zrobił swoje. Takich zmian to trenerzy mogą sobie tylko życzyć. Na dokładkę Garcia ustawia wynik na 5:0 po akcji jak z podręcznika. Le Havre? No, strzelili honorową, Ayew pokazał trochę klasy, ale to tyle.
Marsylia umacnia się na drugim miejscu, a ich przewaga nad Monaco i Lille daje komfort. Jasne, PSG raczej nie dogonią, ale Phocéens mogą spokojnie myśleć o Lidze Mistrzów. Widać, że De Zerbi ma pomysł na tę drużynę, a zmiennicy nie zawodzą.
A Le Havre? Ciężka wiosna przed nimi, bo jak nawet zrywów brakuje, to nie wróży dobrze na walkę o utrzymanie.
Generalnie – Marsylia pokazała klasę i dała sygnał, że zamierza w tym sezonie rozdawać karty w Ligue 1 (no, przynajmniej poza PSG, którym Marsylia na razie jedyne co może to odsunąć dla paryżan stołek do gry, aby wygodnie usiedli na tym fotelu lidera)



