Juventus Turyn 2-0 AC Milan - 18.01.2025
No to co tu dużo mówić, tragedia. Juventus, który przez pół sezonu jest synonimem „remisowego koszmaru”, nagle decyduje się zagrać przeciwko nam najlepsze 5 minut w tym roku. Pięć minut, które zabolały bardziej niż jakakolwiek długa, nudna wymiana podań w środku pola. Mbangula, Weah – dwie akcje, dwa gole i koniec dyskusji.
A przecież nie było tak, że od razu leżeliśmy na deskach. W pierwszej połowie? Był chaos, były emocje. Di Gregorio zamurował bramkę, a Gonzalez odpalił „klasycznego Gonzaleza”, czyli zmarnował setkę, która powinna zakończyć się golem. Sercem byłem z Maignanem, który robił co mógł, ale defensywa? Katastrofa. Emerson Royal asystuje Mbanguli przy pierwszym golu jakby miał w kontrakcie bonus za pomaganie rywalom. A potem Weah – gość, który wszedł z ławki i dosłownie wszedł nam na głowę.
Conceicao, serio, co się stało? Półfinał Superpucharu? Tam był ogień, walka, energia. A tu? Druga połowa to dramat. Kurtka poleciała, ale nie wystarczy rzucić nią o ziemię – potrzeba jakiegoś planu. Po przerwie nasz Milan nie wyszedł z szatni, a Juventus wreszcie przypomniał sobie, że kiedyś był wielką drużyną.
Co teraz? Juventus wskakuje na czwarte miejsce, a my? My musimy wrócić do podstaw. Zaangażowanie, walka, koncentracja – tego brakowało. Takie mecze bolą, bo to klasyk, bo to Juve, ale boli jeszcze bardziej, gdy widzisz, że rywal, który na ogół ostatnio remisuje w kluczowym momencie wie, jak zadać cios.
Czas na reset, bo Serie A nie wybacza i to twardy reset.



