Miał to być piękny wieczór. No i co? No i nie wyszło. Wszystko było na dobrej drodze – Milan grał mądrze, skutecznie, a Inter miotał się jak dzieciak, który zgubił się w centrum handlowym. Mieliśmy to. Mieliśmy ich. A potem wjechał doliczony czas i ciul bombki strzelił. Nie ukrywam – gdy Reijnders odpalił tego gola na koniec pierwszej połowy, myślałem, że to kolejny z tych meczów w tym sezonie, że Inter nie znajdzie na nas sposobu. Ten mecz, w którym pokażemy Interowi, że po prostu nie ma z nami startu. Leao zrobił swoje, Sommer na wariata próbował coś ratować, ale piłka i tak wpadła tam, gdzie powinna. Stadion oszalał, Dumfries wyglądał jakby chciał udusić pierwszego lepszego człowieka, a ja byłem przekonany, że jak tylko wytrzymamy pierwsze minuty po przerwie, to dowieziemy ten wynik do końca.
I co? I faktycznie wytrzymaliśmy. Nawet więcej – Inter niby coś tam próbował, ale był jak piesek szczekający zza płotu – dużo hałasu, zero skuteczności. Thuram walił w słupek, Martinez wyglądał, jakby pomylił buty z Zielińskim, a boczne sektory Interu… no cóż, można by tam postawić leżaki i parasole, bo zagrożenia z nich nie było. Sergio chyba sam nie wierzył, że idzie nam aż tak dobrze.
A potem przyszedł ten moment. 90. minuta. Doliczony czas. I ten przeklęty Zalewski, który postanowił, że zostanie bohaterem Interu w swoim debiucie. Nie mam do niego żalu – chłopak walczył dla swojej drużyny, ale czemu akurat wczoraj? Czemu akurat w derbach? No i co? I de Vrij ładuje bramkę, Maignan bezradny, a my zostajemy z niedosytem większym niż po zimnym espresso.
To nie tak miało być. Mieliśmy ich dobić, a nie dać im tlen. I jasne, remis w derbach to nie koniec świata, ale jak się ma rywala na widelcu, to trzeba go dokończyć. Zabrakło zimnej krwi, zabrakło precyzji, zabrakło… no, czegokolwiek, co sprawiłoby, że ten mecz skończyłby się tak, jak powinien. Niedosyt. Ogromny. Bo mogliśmy mieć piękną noc, a zostaliśmy z gorzkim smakiem w ustach do teraz. Do następnego Interiści, wtedy litości już nie będzie.



