Król bruków jest jeden i nazywa się van der Poel.
Krótkie streszczenie: jechało ich dwóch, na zakręcie jeden pojechał w pole (Tadej) drugi drogą (Mathieu) i tak się rozstrzygnął wyścig. Potem jeszcze obaj zmieniali rowery ale się już nie zjechali.
Tadej świetnie jak na pierwszy start. Głupi błąd i zwycięstwo odjechało a dogonić takiego konia na bruku jak Holender to przekracza możliwości każdego. Ale Słoweniec naprawdę może to wygrać kiedyś jeśli będzie regularnie startował. Dzisiaj brakło chyba takiego doświadczenia w tym wyścigu. Mathieu sobie z tym zakrętem poradził. Mimo wszystko wielkie brawa dla Pogaćara, można go nie lubić ale kolarzem jest wybitnym. Bawi go to i nakręca się rywalizacją z Holendrem czy Vingegaardem. Zresztą, gdyby nie trafił się TAKI talent jak van der Poel to Tadej by miał już wygrane wszystkie monumenty z San Remo i Roubaix. Wychodzi na to, że te wszystkie specjalizacje kolarskie o których się mówiło zawsze to gówno. O ile oczywiście nie ma w rowerze silniczka, z silniczkiem to i ja bym sobie radził na bruku.
Wout dzisiaj mocno bezbarwnie, niby dojechał wysoko ale od samego początku widać było, że nic tu nie ugra i będzie się wieźć na kole.
Chłopaczek pytał kiedyś o agresywnych kibiców to dzisiaj van der Poel dostał bidonem w twarz. Na pewno od jakiegoś Belga.
Dla Holendra trud już skończony, następne starty to chyba dopiero Tour (bo sponsorzy naciskają) i MŚ. Słoweniec tak naprawdę dopiero zaczyna sezon


