Co Ty opowiadasz? Żużel zalicza u nas straszny zjazd odkąd Raków odnosi sukcesy. Na ulicach nie spotkasz nikogo w barwach Włókniarza.
W ogóle trzeba znać trochę specyfikę tego środowiska, żeby się wypowiadać. Od lat 90 mieliśmy bardzo mocny podział w mieście na AZS, Włókniarz, Raków i wyraźną grupę fanów Widzewa. Silna marka siatkarska + silna marka żużlowa to nie jest sprzyjające środowisko do budowania mocnej grupy kibicowskiej, gdzie przez wiele lat istniał wyraźny podział i nie dało się być tu i tu. Mimo tego utrzymała się tutaj spora rzesza fanatyków, którzy walczyli o ten klub w jego najbardziej kryzysowych momentach (polecam wywiad z Kołaczykiem, który opowiadał o dniu, w którym mieli ogłosić likwidację). Co ciekawe, część tych największych zagorzalców się wykruszyła: raz, że mocna emigracja, dwa, że wewnętrzne konflikty, a trzy, że są osoby, które nie chcą chodzić na „obecny Raków”, bo tęsknią za swojskimi wyjazdami do Będzina czy innego MKS Sławków.
Dodatkowo żużel jest w ogóle sportem mocno specyficznym – nastawionym na wyjścia rodzinne i w dużej grupie znajomych, co automatycznie podbija frekwencję. Meczów też masz raptem kilka w sezonie, i żaden nie odbywa się na mrozie i z deszczem lejącym ci się na głowę, więc jakoś tak łatwiej pójść z całą rodziną i popiknikować sobie.
Tymczasem Raków meczami pucharowymi w Sosnowcu i Warszawie udowodnił, że zainteresowanie klubem jest dużo większe niż możliwości stadionowe, więc żeby rzucać takimi stwierdzeniami wypadałoby mieć jakieś bardziej obiektywne warunki.


