Przede wszystkim zrobiła postęp w zakresie metodologii. 100 lat temu nie było współczesnej metody naukowej (to konkretne pojęcie z konkretnymi wymogami, można googlować), więc nie wszystko było wystarczająco precyzyjne i restrykcyjne jak na dzisiejsze standardy.
Kluczowy krok, którym było wprowadzenie przez Karla Poppera kryterium falsyfikowalności, to połowa lat 30., a też nie od razu się to przyjęło. I to istotna kwestia, żeby zrozumieć, jak to wszystko działa. W prawidłowo prowadzonych badaniach nie próbuje się potwierdzić hipotezy. Próbuje się ją obalić! Teoria jest tym bardziej wiarygodna, im więcej razy oparła się różnym próbom wykazania, że jest fałszywa! A nie im więcej mamy dowodów na jej poparcie... Wystarczy raz dobrze metodologicznie, w pawtarzalny sposób wykazać fałszywość teorii, by ją obalić. Nieważne, ile było dowodów "za".
Takie podejście wiąże się z czymś jeszcze. Nie da się definitywnie, ponad wszelką teoretyczną wątpliwość udowodnić, że coś jest prawdą. Jeśli teoria jest dobra, można tylko dalej próbować ją podważać...
Zwolennicy teorii spiskowych tego nie rozumieją. Wydaje im się, że to jakaś kwestia opinii czy wolności słowa. Nie! Ich twierdzenia zwykle były już obalane wiele razy, a ich próby dyskredytowania teorii przeciwnych opierają się na manipulacji - nieraz trudnej lub niemożliwej do weryfikacji przez laika w danym temacie.
Jest fajna anegdotka z Einsteinem, którego ogólna teoria wzledności nie wszystkim się podobała:

To było piękne pokazanie, że wystarczy jeden dobry dowód przeciwko teorii, a nie jakieś tam opinie dowolnej liczby osób z tytułami. I to przed publikacją Poppera o metodologii.
I dlatego nauka nie zajmuje się np. hipotezą istnienia boga - nie da się przeprowadzić eksperymentu, który próbowałby w sposób zgodny w metodą naukową obalić możliwość jego istnienia. Kościół to genialny model biznesowy.



