Jutro zaczyna się finałowy turniej ATP w Turynie, a przed chwilą w ostatnim meczu sezonu Rybakina pewnie pokonała Sabalenkę. Załapałem się na 3 mecze w grupie (Iga z Keys i Anisimovą i Sabalenka z Gauff), ale półfinały i finał obejrzałem w całości i o ile nie jestem jakimś wielkim fanem damskiego tenisa to muszę przyznać, że warto było poświęcić czas na oglądanie.
Wczoraj mimo przegrania pierwszego seta Rybakina była dużo lepsza od Peguli i spokojnie wygrała swój mecz, z kolei Sabalenka mocno męczyła się z Anisimovą, z tego co widzę było 12 gemów wygranych na przewagi.
Dzisiaj z kolei Rybakina w rewelacyjnej formie, serwis top, przez całe spotkanie (w przeciwieństwie do przeciwniczki) trzymała ciśnienie, nawet w momentach, gdy przegrywała 15-40 przy swoim podaniu, a dodatkowo uderzała bardzo celnie, ciężko zliczyć ile razy trafiała w lub pod samą linię, czym mocno frustrowała Sabalenkę. Wisienką na torcie tie-break, gdzie Elena zezłomowała Białorusinkę 7-0.
Do tego obyło się bez jęków jak gorylica w rui, a na koniec cieszyła się tak, jakby ktoś wpuścił ją w kolejce do kasy w supermarkecie. Chyba to będzie moja ulubiona zawodniczka poza Igą.



