Spoiler:
Ali Bongo, wówczas jeszcze tylko minister w rządzie swojego ojca, w 2007 roku chyba nieco wbrew swojej woli stał się gwiazdą telewizyjnego reality show. Jego ówczesna żona, Inge Bongo, a dokładniej rzecz ujmując, Inge Lynn Collins Bongo, wzięła udział w programie amerykańskiej telewizji VH1, Really Rich Real Estate. Cała impreza polegała na tym, że multimilionerzy na oczach widzów wybierali swoje przytulne mieszkanka. Wbrew pozorom główną treścią tego reality show nie były wycieczki po bankach w poszukiwaniu najbardziej korzystnego kredytu hipotecznego, ale kręcenie nosem na zbyt małą liczbę łazienek w bezpośrednim sąsiedztwie sypialni dla gości.
25 milionów dolarów. Tyle kosztowały rezydencje przeglądane przez panią Inge – m.in. w Beverly Hills i Malibu. Ostatecznie zdecydowała się na tę ostatnią lokalizację, biorąc pod uwagę obszerną garderobę, która bez trudu może pomieścić jej kolekcję butów oraz torebek. Deal done. W końcu 25 melonów to ledwie frytki dla „heiress from Africa”, dziedziczki z Czarnego Lądu. Tak przedstawiała ją VH1, prostowana później przez redakcję „Mail&Guardian”: nie dziedziczka, ale żona ministra obrony, nie następczyni tronu z rodziny królewskiej, ale synowa prezydenta, demokratycznie wybranego i z demokratycznymi obowiązkami.
Omar Bongo, teść Inge i ojciec Aliego, na takiego się przecież kreował. Rządził krajem nie w mundurze i asyście wojskowych, ale w błyskach fleszy i towarzystwie czarnoskórych doradców w okularach i markowych garniutrach. Fachowiec, który reformuje kraj. Wywodzący się z partii „Gaboński Blok Demokratyczny” polityk, który już dawno dojrzał do uczestnictwa w wolnych wyborach. Oczywiście, w 1967 roku, gdy przejął władzę po trwających 7 lat tarciach wewnętrznych towarzyszących wyodrębnianiu się niepodległego Gabonu z Republiki Francuskiej, było trochę inaczej. Zdelegalizował wszelką opozycję, wprowadził monopartyjność, z czasem złapał też za mordę związki zawodowe. Dopiero w 1993 roku w wyborach Omar Bongo musiał zmierzyć się z kontrkandydatem – wcześniej rządził bez charakterystycznej dla afrykańskich dyktatorów wojskowej odzieży, ale mimo wszystko w stylu znanym z bananowych republik.
Od lat jednak cała rodzina Bongo szczyciła się panującą w kraju wolnością, gwarantowaną także przez wolność wyboru swojego prezydenta. A tutaj tego typu transakcje, wskazujące bez pudła, że nie tylko prezydent, ale cała jego familia zarządzała majątkiem o wiele większym, niż typowa urzędnicza rodzina? W Gabonie niewinne kupno mieszkania przez synową Omara było odebrane jako skrajna bezczelność i ostateczny dowód na rozkradanie państwa. A dodajmy, pewne podejrzenia Gabończycy mogli mieć już wcześniej.
Zanim bowiem Inge Bongo zdradziła się ze swoim obrzydliwie napakowanym dolarami kontem bankowym, finanse Gabonu na celownik brały różne instytucje spoza Afryki. Na przykład taki Senat Stanów Zjednoczonych. Całkiem wiarygodna i posiadająca dość długie tradycje firma ogłosiła w specjalnym raporcie, że prezydent Gabonu wydaje około 55 milionów funtów rocznie. Nie, nie na szkoły, nie, nie chodzi tu o jakąś fundację. To jego prywatne zachcianki miały pochłaniać tak gigantyczne kwoty. Jedna z nich – spotkanie z George’m W. Bushem. New York Times opisał wówczas domniemane związki Bongo z jednym z lobbystów z otoczenia prezydenta USA, który miał zażądać 9 milionów dolarów za pomoc w organizacji prestiżowego spotkania obu panów. Do spotkania doszło, ale dowodów na korupcję nie znaleziono.
Jeszcze grubiej stało się jednak, gdy pod lupę gabońskiego odnowiciela wzięły służby sojusznika z Francji. Przez wiele lat zresztą oba państwa łączył bardzo specyficzny sojusz. Omar zwykł mawiać: „Gabon bez Francji jest jak samochód bez kierowcy. Francja bez Gabonu jest jak samochód bez paliwa”. Nie było jakąś szczególną tajemnicą, że to Paryż obsadził Gabon prezydentem Bongo i Paryż pomagał mu, ilekroć jego pozycja w państwie słabła. Francuska armia pomagała utrzymywać porządek lokalnemu wodzowi – po raz pierwszy jeszcze w latach sześćdziesiątych, po raz ostatni w 1990 roku, na trzy lata przed pierwszymi wolnymi wyborami. W zamian miała paliwo oraz uran – dwa surowce, dzięki którym Gabon wydawał się całkiem bogatym państwem. Choć to tylko oficjalny wierzchołek – nieoficjalnie zacieśnianie relacji miało się odbywać także przez finansowanie kampanii wyborczych francuskich partii, co ze szczegółami opisywał choćby Telegraph. Znów jednak skończyło się na podejrzeniach i półprawdach – mimo że dość mocnym potwierdzeniem tych tez mogłyby być niesłychanie częste wycieczki do Paryża gabońskiego prezydenta.
Eldorado skończyło się wraz z zaostrzeniem kursu francuskiego rządu wobec afrykańskich nadużyć. Za kadencji Nicolasa Sarkozy’ego podjęto ambitną próbę ucywilizowania stosunków z afrykańskimi sojusznikami, co zakończyło się przypominającym audyt śledztwem. Wyniki? Omar Bongo miał przynajmniej 39 nieruchomości, m.in. na Lazurowym Wybrzeżu i Polach Elizejskich, 9 luksusowych aut, 70 kont bankowych. Najmocniej drążyła organizacja Transparency International wspierana przez francuskie służby – dotarto do kierownictwa jednej ze spółek zajmujących się wydobyciem złóż naturalnych, w zeznaniach pojawiła się konkretna kwota – 40 milionów funtów rocznie w zamian za zgodę na eksploatację. Prosto na konto prezydenta Bongo, bez żadnych pośredników. PowerIndex dodawał, że familia Bongo mogła kosić nawet 25% całego przychodu ze sprzedaży państwowych zasobów.
25 milionów dolarów. Tyle kosztowały rezydencje przeglądane przez panią Inge – m.in. w Beverly Hills i Malibu. Ostatecznie zdecydowała się na tę ostatnią lokalizację, biorąc pod uwagę obszerną garderobę, która bez trudu może pomieścić jej kolekcję butów oraz torebek. Deal done. W końcu 25 melonów to ledwie frytki dla „heiress from Africa”, dziedziczki z Czarnego Lądu. Tak przedstawiała ją VH1, prostowana później przez redakcję „Mail&Guardian”: nie dziedziczka, ale żona ministra obrony, nie następczyni tronu z rodziny królewskiej, ale synowa prezydenta, demokratycznie wybranego i z demokratycznymi obowiązkami.
Omar Bongo, teść Inge i ojciec Aliego, na takiego się przecież kreował. Rządził krajem nie w mundurze i asyście wojskowych, ale w błyskach fleszy i towarzystwie czarnoskórych doradców w okularach i markowych garniutrach. Fachowiec, który reformuje kraj. Wywodzący się z partii „Gaboński Blok Demokratyczny” polityk, który już dawno dojrzał do uczestnictwa w wolnych wyborach. Oczywiście, w 1967 roku, gdy przejął władzę po trwających 7 lat tarciach wewnętrznych towarzyszących wyodrębnianiu się niepodległego Gabonu z Republiki Francuskiej, było trochę inaczej. Zdelegalizował wszelką opozycję, wprowadził monopartyjność, z czasem złapał też za mordę związki zawodowe. Dopiero w 1993 roku w wyborach Omar Bongo musiał zmierzyć się z kontrkandydatem – wcześniej rządził bez charakterystycznej dla afrykańskich dyktatorów wojskowej odzieży, ale mimo wszystko w stylu znanym z bananowych republik.
Od lat jednak cała rodzina Bongo szczyciła się panującą w kraju wolnością, gwarantowaną także przez wolność wyboru swojego prezydenta. A tutaj tego typu transakcje, wskazujące bez pudła, że nie tylko prezydent, ale cała jego familia zarządzała majątkiem o wiele większym, niż typowa urzędnicza rodzina? W Gabonie niewinne kupno mieszkania przez synową Omara było odebrane jako skrajna bezczelność i ostateczny dowód na rozkradanie państwa. A dodajmy, pewne podejrzenia Gabończycy mogli mieć już wcześniej.
Zanim bowiem Inge Bongo zdradziła się ze swoim obrzydliwie napakowanym dolarami kontem bankowym, finanse Gabonu na celownik brały różne instytucje spoza Afryki. Na przykład taki Senat Stanów Zjednoczonych. Całkiem wiarygodna i posiadająca dość długie tradycje firma ogłosiła w specjalnym raporcie, że prezydent Gabonu wydaje około 55 milionów funtów rocznie. Nie, nie na szkoły, nie, nie chodzi tu o jakąś fundację. To jego prywatne zachcianki miały pochłaniać tak gigantyczne kwoty. Jedna z nich – spotkanie z George’m W. Bushem. New York Times opisał wówczas domniemane związki Bongo z jednym z lobbystów z otoczenia prezydenta USA, który miał zażądać 9 milionów dolarów za pomoc w organizacji prestiżowego spotkania obu panów. Do spotkania doszło, ale dowodów na korupcję nie znaleziono.
Jeszcze grubiej stało się jednak, gdy pod lupę gabońskiego odnowiciela wzięły służby sojusznika z Francji. Przez wiele lat zresztą oba państwa łączył bardzo specyficzny sojusz. Omar zwykł mawiać: „Gabon bez Francji jest jak samochód bez kierowcy. Francja bez Gabonu jest jak samochód bez paliwa”. Nie było jakąś szczególną tajemnicą, że to Paryż obsadził Gabon prezydentem Bongo i Paryż pomagał mu, ilekroć jego pozycja w państwie słabła. Francuska armia pomagała utrzymywać porządek lokalnemu wodzowi – po raz pierwszy jeszcze w latach sześćdziesiątych, po raz ostatni w 1990 roku, na trzy lata przed pierwszymi wolnymi wyborami. W zamian miała paliwo oraz uran – dwa surowce, dzięki którym Gabon wydawał się całkiem bogatym państwem. Choć to tylko oficjalny wierzchołek – nieoficjalnie zacieśnianie relacji miało się odbywać także przez finansowanie kampanii wyborczych francuskich partii, co ze szczegółami opisywał choćby Telegraph. Znów jednak skończyło się na podejrzeniach i półprawdach – mimo że dość mocnym potwierdzeniem tych tez mogłyby być niesłychanie częste wycieczki do Paryża gabońskiego prezydenta.
Eldorado skończyło się wraz z zaostrzeniem kursu francuskiego rządu wobec afrykańskich nadużyć. Za kadencji Nicolasa Sarkozy’ego podjęto ambitną próbę ucywilizowania stosunków z afrykańskimi sojusznikami, co zakończyło się przypominającym audyt śledztwem. Wyniki? Omar Bongo miał przynajmniej 39 nieruchomości, m.in. na Lazurowym Wybrzeżu i Polach Elizejskich, 9 luksusowych aut, 70 kont bankowych. Najmocniej drążyła organizacja Transparency International wspierana przez francuskie służby – dotarto do kierownictwa jednej ze spółek zajmujących się wydobyciem złóż naturalnych, w zeznaniach pojawiła się konkretna kwota – 40 milionów funtów rocznie w zamian za zgodę na eksploatację. Prosto na konto prezydenta Bongo, bez żadnych pośredników. PowerIndex dodawał, że familia Bongo mogła kosić nawet 25% całego przychodu ze sprzedaży państwowych zasobów.
Na szczęście pokazali piłkarzykom, kto tu rządzi.



