Ściągnąłem sobie wcześniej na telefon "Jedna bitwa po drugiej", żeby miec co robić w trakcie podróży. I wiecie co? Nie rozumiem zachwytów. Ot, film. Ani dobry, ani zły, z jakąś tam akcją, scenariuszem, zdjęciami i [ch**] muzyką. Czy to jest przewrót w kinie? Nowa jakość? Nie, to jest nadmuchany artyzm, którego nie kumam. Absolutnie odrzucające dialogi. Postaci, o których zapominam po pięciu minutach.
Można obejrzeć, ale nie trzeba.



