Artykuły prasowe warte przeczytania

Awatar użytkownika
Mentor
Zajebiaszczo
Posty: 16481
Rejestracja: 28 lut 2005, 13:15
Reputacja: 18

Post autor: Mentor » 27 wrz 2006, 12:23

Baaaardzo ciekawy tekst. Wywiad z Mirkiem Trzeciakiem w którym to mówi on naprawdę dużo ciekawych rzeczy.
Spędziłem w Hiszpanii mnóstwo czasu na nauce, podglądaniu innych. Wiem, jak trzeba pracować, i jestem przygotowany, by robić to w kraju - mówi były reprezentant Polski, obecnie szkoleniowiec Mirosław Trzeciak

Robert Błoński: Dlaczego chce Pan wracać do kraju?

Mirosław Trzeciak: Cztery lata uczyłem się fachu trenerskiego w Hiszpanii. Jeździłem po klubach, poznałem wielu ludzi, zdobyłem sporo doświadczeń i przyszedł moment, by podjąć poważną pracę. W Polsce albo Hiszpanii. Znam języki i kulturę obu krajów. Mam upragniony tytuł trenera narodowego. Mogę prowadzić każdy zespół w Europie.

Ile się Pan uczył, by dostać te dokumenty?

- Kurs był trzystopniowy. Pierwszy trwał rok i dawał prawo do trenowania juniorów. Drugi stopień to półtora roku i po egzaminach miałem możliwość pracy z klubami III ligi. W tej chwili mam dokumenty, które uprawniają mnie do pracy wszędzie.

Spędziłem w Hiszpanii mnóstwo czasu na nauce, podglądaniu innych. Wiem, jak trzeba pracować, i jestem przygotowany, by robić to w Polsce. Mimo że u nas brakuje wielu rzeczy. Brak metodologii pracy, nic nie jest opisane, nie ma baz danych, standardowych prób wydolnościowych, siłowych ani szybkościowych. Nie ma opisów zawodników.

Co to jest opis zawodnika?

- Kiedy pracowałem w Hiszpanii, spotykałem się z zawodnikami i rozmawiałem z nimi jak w szkole. Pytałem, co mają dobrego, a co złego. Spisywałem to, a po pewnym czasie dopisywałem swoje spostrzeżenia. Z tego powstawały oceny indywidualne.

Dziś wszystko musi być ustandaryzowane. Chodzi o to, by - pracując w grupie - posługiwać się jednym językiem. Trenerzy w Hiszpanii mają skatalogowane gry i ćwiczenia pod względem metabolicznym, taktycznym, technicznym i psychologicznym. Intensywność zajęć również jest skatalogowana. Wiadomo, kto, kiedy, ile i jak trenował.

Jaki ma Pan pomysł na pracę?

- Współpracowałbym z trenerem od przygotowania fizycznego, który na mój roczny plan przygotowania techniczno-taktycznego nałożyłby swój projekt przygotowania fizycznego. Plan pracy zależy od wieku zawodnika. Dla młodzieży jest stały, bo ją się tylko formuje i edukuje. Dorośli rywalizują i dla nich plany są zmienne. Oni muszą osiągnąć wyniki.

Wie Pan, jak w Polsce trenuje się dzieci?

- Konia z rzędem temu, kto wie, jak w Polsce ma ćwiczyć 13-latek. Albo ile czasu może trwać najdłuższe ćwiczenie wydolnościowe dla 15-latka.

W polskich klubach, kiedy nie ma wyników, znajomy fizjolog robi parametry. Mówi, że coś jest nie tak, ale nie bardzo wiadomo, co z jego badaniami zrobić. I po omacku próbuje się poprawiać. Nie wiedząc, jakie mają być proporcje pracy fizycznej do pracy taktycznej i technicznej. Na Zachodzie takie plany istnieją. Ale polskie kluby nie są dobrze zorganizowane.

To nic odkrywczego.

- Gdybym dostał pracę w kraju, wszyscy u mnie musieliby mówić jednym językiem. Wprowadziłbym plan dla drużyn dziecięcych aż do wieku juniora. Do 16. roku życia najważniejsze jest uformowanie i wyedukowanie piłkarza, a nie rywalizacja. Zrobiłbym roczne, stałe plany w których określiłbym miesięczne cele taktyczno-techniczne. A później tygodniowe. I krok po kroku musiałoby to być realizowane.

Do tego trzeba odpowiednich trenerów.

- Odpowiadaliby za wykonywanie ćwiczeń narzuconych przeze mnie, ustalonych według mojego klucza.

Jak dawno był Pan w Polsce?

- Parę dni po mistrzostwach świata.

To, co Pan mówi, jest piękne, ale jak to przeczytają ludzie polskiej piłki, to popukają się w głowę.

- Obecnie w Polsce nie ma żadnej metody. Byłem przez dwa tygodnie na stażu u Rafaela Beniteza w Liverpoolu. On ma skatalogowane nie tylko wszystkie gry, ale wszystkie wyznaczniki, jakimi analizuje się rywala i własny zespół. I według tych wyznaczników każdy pracuje. Dzięki temu można porównywać dane i wyciągać wnioski. U nas podstawą jest intuicja i doświadczenie.

Nie ma boisk...

- W Rumunii też nie ma. W Brazylii podobno też nie. Polacy to naród, który chyba najwięcej na świecie trenuje! Zimowa przerwa w rozgrywkach ligowych trwa pięć miesięcy. Mimo to jeśli chodzi o pracę tlenową - podstawę intensywnych wysiłków - mamy jedną z najgorszych w Europie! To kuriozum. Bo nie umiemy pracować nad tym pracować.

Kiedyś był jeden makrocykl treningowy. W tej chwili w wielkich klubach robi się po pięć makrocykli rocznie. Tak, aby forma rosła i opadała. Teraz łatwiej można sterować dyspozycją piłkarza i wpływać na nią. Każdy makrocykl kończy się próbami szybkościowymi, wytrzymałościowymi i siłowymi. Jest perfekcyjnie kontrolowany w małych odstępach czasowych.

To co powinno się robić w trakcie przerw w rozgrywkach?

- Lepiej je wykorzystać na przygotowanie zawodników. Nasi piłkarze są bardziej otłuszczeni od innych. Nawet od Niemców, mających podobny klimat. O Hiszpanach nie wspomnę. Niewielkie podniesienie się tkanki tłuszczowej wpływa negatywnie na znoszenie intensywnych obciążeń. Czas, w którym się nie gra, powinien być wykorzystany na naukę pracy tlenowej.

Rafael Benitez sprawdza prędkość progową piłkarza. Kiedy ktoś nie ma 12,5 km/godz., musi odejść. Tak było z uwielbianym przez fanów z Anfield Dannym Murphym. Po testach Benitez powiedział mu, że nie zagra 60 meczów na równym poziomie, bo jego organizm nie jest wytrenowany. To wszystko kształtuje się już u dzieci.

Najlepsi zawsze będą uciekać z Polski za granicę. Jedynym wyjściem jest szkolenie młodzieży i wychowankowie. To jest przyszłość. Ale żeby mieć wychowanków, należy narzucić metodologię pracy w grupach młodzieżowych. Do przygotowania fizycznego sprowadziłbym człowieka z Hiszpanii.

To, jak pracuje się w polskich klubach, widać po wielkich wahaniach formy. I po tym, jak wiele tych lepszych drużyn gra z dużą intensywnością. Polskiej lidze brakuje tempa. To sprawa treningów. Jak się trenuje, tak się gra.

Czemu jest u nas coraz mniej dobrych piłkarzy? Ponosimy klęski w pucharach. Przepaść między Polakami a najlepszymi jest coraz większa.

- 20 lat temu w klubach było więcej pieniędzy, lepiej zajmowano się młodzieżą. Po przemianach w Polsce padał jeden klub po drugim. A małe kluby nie miały żadnych możliwości przeżycia. Przez długie lata sport się w Polsce dewaluował. W kolejnych generacjach coraz mniej było indywidualności. A przecież one powstają z porządnego treningu. Dzieci w Polsce trenują dziś często ludzie przypadkowi.

Ale plany można narzucić odgórnie. Mamy wielkich ludzi, np. Zbigniewa Bońka. Federacja włoska na pewno by nam pomogła, udostępniła swoje doświadczenia. Potęga Czechów nie wzięła się z przypadku. 15 czy 20 lat temu poprosili o pomoc Francuzów, teraz mają francuską myśl i model w pracy z dziećmi. Dostali sposób treningu, widzenie piłki i zaszczepili to w swoim maleńkim kraju. Efekty widać. Ktoś musi zacząć w Polsce rewolucję.

Ależ ona trwa. Tyle że innego rodzaju. W poniedziałek z funkcji prezesa PZPN ma zrezygnować Michał Listkiewicz, toczy się śledztwo w aferze korupcyjnej, Wisła Kraków wyrzuciła trenera, Legia przegrała z ostatnim zespołem III ligi, a kadra z Finlandią... To, o czym Pan opowiada, to kosmos dla naszych klubów.

- W kraju jest coraz więcej ludzi dobrze zarządzających klubami - menedżerów, marketingowców. Ale nie ma nikogo, kto potrafiłby zarządzać klubem od strony sportowej. W każdym klubie trzeba się zastanowić - chcemy grać jak Barcelona czy jak Chelsea? Wychować skrzydłowych, czyli znaleźć piłkarzy szybkich, odważnych, grających jeden na jednego, czy takich, co mają żelazną kondycję i będą długo posiadać piłkę. Do tego potrzebni są ludzie mający inne spojrzenie niż do tej pory.

Kiedyś jedni mówili, że najważniejsza jest siła, inni - że technika, a pozostali - że taktyka. Trzy wspomniane rzeczy ścierały się - co jest ważniejsze. Okazało się tymczasem, że najważniejsze jest... podejmowanie decyzji. Co z tego, że jestem świetnie przygotowany fizycznie, jeśli biegam po boisku i nie wbiegam w miejsce, w które powinienem. Albo co z tego, że mam wspaniałą technikę, jeśli podam za wcześnie. Albo że mam świetną taktykę, a decyzję podejmuję nie w tym momencie co trzeba. Dlatego powstała metodologia treningu - w piłce trzeba wykrywać problemy. A potem stwarzać je na treningach.

Tak postępuje Benitez. Ma zapisanych kilkadziesiąt problemów. Np. z kontratakiem. Ale to mało. Czy mam kłopot z inicjowaniem ataku, wyprowadzaniem czy finalizowaniem? W zależności od tych problemów Benitez ma program komputerowy, który - na konkretne problemy - daje konkretne gry-rozwiązania.

Kiedy trener wie, z czym mam problem, pyta specjalisty od przygotowania fizycznego, w jakim momencie mikrocyklu są zawodnicy. W zależności od tego momentu gry-rozwiązania mają odpowiednią intensywność, czas, objętość boiska i liczbę dotknięć w każdej grze. Trening polega na porozumieniu tych dwóch ludzi.

Trener w Liverpoolu jest zmuszony, by były wyniki. Nie planuje na rok, jak ja mógłbym to zrobić w juniorach. Ja ich nie przygotowuję na trzeci mecz z liderem. Mam z nimi przerobić pewien program. Jeśli ich nie nauczę, zawodnik będzie jednostronny. Ostatnio w polskich młodzieżówkach sporo było zawodników dobrze grających jeden na jednego, szybkich. Potem znikali. Mieli być figurami, są pionkami.

Są w Polsce trenerzy opierający się na intuicji, a nie komputerze i nauce, choćby Franciszek Smuda. A tytuły zdobywał w trzech klubach.

- Nie wierzę, że ktoś nie potrzebuje fizjologa. Futbol zmierza do indywidualizacji treningów. Teraz testy robi się nawet na technikę. W porządnych klubach opisuje się przygotowanie fizyczne, techniczne i - co pół roku - rozwój mentalny według kategorii narzuconych przez psychologa.

Hiszpańskie kluby I i II ligi mają specjalne programy, z których jasno wynika przygotowanie fizyczne, techniczne i taktyczne. Widać w komputerze, jakie są odległości między pojedynczymi zawodnikami w formacjach i między formacjami.

W Polsce tego nie ma nikt, a mimo to być trenerem można.

- Hiszpanie przyznają, że kiedy nie mieli tego programu, to często podejmowali złe decyzje. Opierali się o swoje sympatie, wrażenia i przyzwyczajenia. Kiedy dostali materiał - jak porusza się grupa przez cały mecz - zmieniła się ich optyka. To kosztuje majątek, ale w Hiszpanii nie wyobrażają sobie pracy bez tego. Na oko i intuicję już się pracować nie da. Bo nie da się zareagować szybko. A błędy widzi się, dopiero kiedy jest źle.

Jeśli chodzi o trenera Smudę, to zawsze miał silną osobowość, dobry kontakt z zawodnikami i wyniki. Wiedział, czego chce. Nigdy jednak nie można powiedzieć, że drużyna nie grałaby lepiej, gdyby było o niej więcej wiadomo. Skoro w futbolu kibic jest dziś dwunastym zawodnikiem, to informacja jest trzynastym. Ludzie biją się i płacą grube pieniądze za informacje.

Chce Pan pracować w klubie w którym każdego dnia może przyjść prezes i powiedzieć: "panie Trzeciak, do widzenia". Ostatnio taka sytuacja zdarzyła się Danowi Petrescu w Krakowie.

- Takie realia są wszędzie. W Hiszpanii presja jest sto razy większa i wyrzuca się szkoleniowców znienacka.

W Polsce Legia wydaje się solidniejsza, ale w Wiśle jest więcej piłkarskich talentów. Ostatnio były jednak mało przebojowe. Szczególnie skrzydłowi. Drużyna nie umiała być kreatywna, za długo wprowadzała się w sezon. To są objawy, że coś nie było tak ze szkoleniem zespołu. Słyszałem, że Petrescu też nie przejmował się badaniami.

Ja na początku zrobiłbym badania wydolnościowe. Takie jak na Zachodzie. Od razu porównałbym wyniki z piłkarzami hiszpańskimi. Ale nie mógłbym narzucić takich obciążeń jak tam. Benitez chce, by podczas meczu jego piłkarz pracował z prędkością między 14 a 21 km/godz. Ma to na uwadze przy planowaniu ćwiczeń. Gdybym ja takie narzucił, natychmiast "zajechałbym" polską drużynę. Poza tym technika zespołu nie pozwoliłaby na taką płynność gry. W Polsce miesiącami dochodziłoby się do pewnego poziomu.

Trzeba poprawiać jakość gry, ale nie można przemęczyć graczy. Kiedyś nowy trener przychodził i od razu dawał zawodnikom w kość. Bo "u poprzednika nic nie robili". To błąd.

Teraz praca jest zindywidualizowana. Kiedyś pracę tlenową wykonywało się podczas przygotowań. Teraz - przez cały sezon. Zawodnicy dłużej utrzymują się na wysokich parametrach i mogą powtarzać duże wysiłki wielokrotnie.

Wyobrażam już sobie prezesa, który mówi: "piękne słowa, panie Trzeciak, ale jakie daje mi pan gwarancje na wynik. I ile miałbym czekać".

- Gwarancje to dają banki. Ja będę ciężko pracował. Szybko przedstawię spójny plan. Ale najpierw musiałbym wykryć, co jest do poprawy. To jest najważniejsze - diagnoza. Wielcy trenerzy są mistrzami w syntetyzowaniu ogromnej ilości informacji. I podawaniu tego w małych pigułkach piłkarzom. Esencji tego, co będzie im potrzebne w następnym meczu.

Ostatnie spotkania kadry, porażki w pucharach, afera w PZPN wprowadzają nas w pesymizm. Ale ja nigdy się nie zgodzę z tym, że nie mamy piłkarzy, by ograć Finów, Iraklis czy Austrię Wiedeń.

Z piłkarzami doszedłby Pan do porozumienia? Nie byłby Pan dla nich "mądralą z Hiszpanii"?

- Żaden problem. Nauczyłem się tego, że szkoleniowiec musi przekonać piłkarza swoją wiedzą. Taką, która da zawodnikowi zwycięstwo. Jak piłkarz coś robi i widzi, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, pozwala mu wygrywać, mieć coraz wyższe umiejętności, że informacje, które dostaje od trenera, pomagają mu, szybko stanie po mojej stronie. Wszyscy jesteśmy egoistami, każdy patrzy tam, gdzie może odnieść korzyści. Gdy trener w tym pomaga, ma zawodników za sobą.

Co robiłby Pan w klubach gdzie jest presja mistrzostwa, a co w takich, gdzie celem jest utrzymanie?

- Wszędzie z takim samym zapałem chciałbym wprowadzić metody, o których mówiłem. Interesowałyby mnie bardzo drużyny młodzieżowe. To przyszłość. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej. Może wtedy zamiast za 20 lat już za siedem-osiem doczekamy się generacji lepszych piłkarzy.

Oduczyłby Pan dzieci jedzenia hamburgerów, picia coli?

- Wszystkich na pewno nie. Ale dzieci trzeba edukować. Pół treningu to trening, a drugie pół - rozmowa. Kiedy pracowałem z juniorami, po wyjściu na boisko wyjaśniałem, jaki jest cel dzisiejszych zajęć. To podstawa.

Przed treningami piszę sobie wszystkie błędy, jakie zawodnicy mogą popełnić. Później to mi pomaga w ich wykrywaniu. Już się nie zastanawiam, co zrobił źle - ja to widzę. Kiedy pracuję nad długim podaniem, nie krzyczę, że ktoś źle przyjął. Wyłącznie chwalę gracza, jeśli dobrze poda. Młodych ludzi trzeba motywować, zachęcać.

Byłem w Barcelonie na stażu i słyszałem, jak mówili dzieciakom: "bierz piłkę i ryzykuj". Głowa jest jak twardy dysk. Jak coś zrobię dobrze, uda mi się wygrać pojedynek, dobrze dośrodkować i kolega strzeli gola, to na twardym dysku się to zapisze. I nadal będę to robił dobrze.

Kiedyś Stefan Majewski przyszedł do Polski po szkole niemieckiej, Stanisław Gzil z Belgii. Obaj wprowadzili różne nowinki, których nie zaakceptowali piłkarze.

- Wszystko można opracować wspólnie z zawodnikami. Ja nie pilnuję piłkarzy. Wolę go codziennie zważyć, raz w miesiącu zmierzyć tkankę tłuszczową i sprawdzić, jakie ma zakwaszenie. I już doskonale wiem, jak prowadzą się piłkarze. Sam nim byłem.

Teraz można zbadać zawodnika idealnie. Nie trzeba za nim chodzić. Trudno, by w świecie piłki nawet na poziomie polskiej ligi nie można było kogoś przekonać do zrzucenia pięciu kilogramów. Zarabiając setki tysięcy złotych, mają obowiązki wobec klubu, trenera i - przede wszystkim - siebie. Swojej ambicji.

Ale mentalność polskiego piłkarza jest taka, by jak najwięcej i jak najszybciej zarobić.

- Młody piłkarz musi wiedzieć, szczególnie w czasach gdy jest mnóstwo menedżerów mieszających im w głowach, że pieniądze zawsze będą towarzyszyć dobrym zawodnikom.

Ale polski piłkarz zadowala się jednym dobrym kontraktem.

- Wiem, że niełatwo przekonać kogoś do ciężkiej pracy. My mamy mentalność postkomunistyczną. Społeczeństwa zachodnie bardziej szanują mrówczą pracę i autorytety. Dlatego mówię, że piłkarza trzeba edukować od małego.

Piłka to nie nauka. Żaden komputer nie powie Panu, dlaczego piłkarz nie strzelił do pustej bramki i z tego powodu Pana zespół przegrał.

- Przygotowanie fizyczne można kontrolować w sposób naukowy. Plan techniczno-taktyczny to sprawa, która zależy od inwencji tworzącego. Trzeba mieć sporo wiedzy, wymieniać doświadczenia z innymi, dużo czytać. Jest wielu autorów, którzy dla mnie są wyznacznikami, którzy wymyślili takie właśnie spojrzenie na piłkę. Jeden to Portugalczyk Jorge Castelo. Wydał fantastyczną książkę "Futbol - dynamika i struktura gry". Przedstawił, w jaki sposób dzieli problemy, które mogą się wydarzyć. Jak dobiera do nich trening. Jeśli chodzi o taktykę, to opieram się na moim znajomym Mikele Etxarrii. Jeden z najlepszych wykładowców tej dziedziny.

A o podręczniku Jerzego Talagi Pan słyszał?

- Widziałem tę książkę. Często pojawia się w bibliografiach pod różnymi pracami - z Włoch czy Hiszpanii. Ale ma ona swoje lata. Teraz trening - z analitycznego, czyli polegającego na powtarzaniu pewnych rzeczy - zmienił się w globalny albo integralny. To znaczy, że technikę, taktykę, przygotowanie fizyczne ćwiczy się w grach.

Gdzie dotąd Pan pracował?

- Najpierw byłem drugim trenerem w Polideportivo El Ejido. Potem w filialnym klubie Osasuny i - rok temu - w III-ligowym zespole Riverebro. Zajęliśmy miejsce w środku tabeli. Historię mam krótką.

Oczekiwań co do pracy wielkich nie mam. Pół roku powinno mi wystarczyć na przekonanie kogoś do siebie. Presja jest wszędzie, możliwość wywalenia z pracy taka sama. Rok temu w II lidze hiszpańskiej zmieniono 23 trenerów - więcej, niż jest drużyn! To normalna sytuacja.

Ale w Hiszpanii wszystko jest bardziej ucywilizowane, w Polsce byłaby to praca u podstaw. Niech przy klubach powstają fundacje, aby można było wpłacać pieniądze na dzieciaki. Ale przede wszystkim musi być plan, według którego zaczną pracować. Jeśli tego nie będzie, nie ruszymy z miejsca.
http://sport.gazeta.pl/sport/1,65026,3642037.html

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”