Pierwsza połowa bardzo żywa, od początku Arsenal musiał się rzucić do ataków. W końcu po jednej z świetnych akcji bomba Diaby'ego i 0-1. Reiny bym nie obwiniał, bo z takiej odległości to żadna tam jego wina. Choć swoja drogą cały mecz bronił niezbyt pewnie, a jego wybicia wołały o pomste do nieba
W drugiej części gry nieco nudnawo. Obie drużyny podeszły do niej mocno zachowawczo. W końcu grę ożywiło trafienie Torresa - piękna bramka. O dziwo po tym golu The Reds nie cofnęli się i piłka w dalszym ciągu przebywała głównie na połowie Londyńczyków. Aż do fantastycznej akcji Walcotta. Minął chyba czterech czy pięciu zawodników, podał idealnie w tempo do Ade i remis. Jednak chwile później Toure, który w ofensywie poczynał sobie tego dnia świetnie i na pewno dużo lepiej niż Eboue (co zreszta dużym wyczynem nie jest - fatalna postawa tego piłkarza. Nie wiem co Wenger w nim widzi na skrzydle...) troche bezmyślnie sfaulował (bo faul raczej był) Babela, pewnie wykonana jedenastka przez Gerrarda i mamy 3-2. Na koniec jeszcze konterka, gol Babela (btw nie najlepiej ustawiony Almunia, ale w sumie co to ma znaczenie?) i... kolejny półfinał Liverpool - Chelsea. Litości.
Aha, Mascherano - nie trawie kompletnie tego kolesia.
EDIT
Hanni, nie frustruj sie tak... Najlepiej wine zwalic na sedziego, w dodatku dobrze sedziujacego



