O powrocie pucharu poinformował w środę Dziennik Gazeta Prawna. Jak się okazało, trenerzy ekstraklasy (ponoć niemal wszyscy) poszli po rozum do głowy i stwierdzili, że przyda im się więcej meczów w sezonie, a piłkarzy należy w końcu nauczyć gry w systemie środa - niedziela. Wcześniej różnie z tym bywało.
Poprzedni Puchar Ekstraklasy traktowany był bowiem po macoszemu. Niektórzy wręcz otwarcie z niego szydzili. Rozgrywki nazywano "pucharem śmietnika", a Franciszek Smuda zasłynął z określenia "pucharu pasztetowej". Nie zwykł zresztą pojawiać się na tych spotkaniach. Drużyny, szczególnie te z czołówki wystawiały do gry swój drugi, a czasem nawet trzeci garnitur piłkarzy. Ci najlepsi i tak mieli więc wolne, choć to oni powinni wyrobić sobie nawyk grania co trzy dni.
W końcu po trzech latach puchar upadł, bo wycofał się sponsor - stacja Polsat. I nic dziwnego, bo mało kto chciał tę kopaninę oglądać. Nudne rozgrywki grupowe, mierni piłkarze, mecze o godzinie 15. To wszystko trzeba zmienić, zrewolucjonizować.
Teraz podobno nawet jeśli żaden dobroczyńca się nie zjawi, to piłkarze i tak będą grać. Kwestią sporną pozostaje nazwa rozgrywek i ich format. Wiadomo, że zawodnicy o stawkę rywalizowaliby do połowy grudnia, a potem już w styczniu. Zimowa przerwa będzie więc bardzo krótka. Będą nowe stadiony, nie powinno być problemu.
Całe przedsięwzięcie ma jednak sens tylko i wyłącznie wtedy, gdy kluby się do niego przyłożą. I dadzą grać swoim najlepszym piłkarzom. Naprawdę, nie ma sensu ich oszczędzać. Owszem, należy też ogrywać młodzież, ale odpowiednie proporcje powinny być zachowane. Może punkt zawrzeć w przepisach?
Do czego doprowadziło wieloletnie chuchanie i dmuchanie na ligowe gwiazdki pokazały nam tegoroczne europejskie puchary. Dosyć tego. Grać, nie gadać.
Źródło: wp.pl
Dobra pomysł



