Ostatnia rzecz, na jaką można sobie po meczu z AZ pozwolić to zadowolenie. Upatrywanie w Valencii faworyta dwumeczu z Atletico to też raczej myślenie życzeniowe kibiców. Nie ma w tej drużynie aktualnie niczego, co mogło by pozwolić myśleć o ostatecznym triumfie w LE. A przecież ciągle trzeba ligi pilnować. 4:0 może zacierać obraz degrengolady, ale już mecz z Realem powinien przywrócić obraz nędzy.
Do momentu kiedy AZ było w grze bardzo łatwo radzili sobie z atakami, zwłaszcza po lewej stronie Valencii, gdzie Alba i Mathieu raczej nie czarowali. To samo te strzały z dystansu, dopuszczanie rywali przed swoje pole karne żeby mogli tak swobodnie strzelać też raczej defensywie Valencii dobrej noty nie wystawia. Zresztą, to główna przywara Emery'ego - obrońcy w linii grają tak bardzo blisko siebie, pilnując środka i asekurując ciapy na środku defensywy, że boki są zupełnie puste. Co innego, że to jest wina środka pola - nie uświadczysz teraz w Valencii ani cracka od destrukcji (vide Topal z zeszłego sezonu), który będzie zamiatał wszystko sprzed stoperów, ani rozgrywającego - Tino to raczej opcja na takie PSV czy AZ.
Z przodu bez porywu, żaden Nietoperz nie jest teraz w topowej formie. W tamtym roku jak nie szło, to chociaż Soldado odpalił i ładował hat-tricki. Teraz nie ma światełka w tunelu. Z Atletico będzie ciężko. Po batach z Realem znowu odezwie się krytyka i wewnętrzna opozycja - już teraz Albelda i Ruiz krytykują Emery'ego. Nie będzie jak z Koemanem i raczej przeciw niemu grać nie będą, ale posady też nikt mu nie uratuje. Wniosek: do finału przejdzie nie lepszy, a ten kto lepiej ogarnie swoje ułomności. Simeone ma jaja, Emery pisanki.



