Ja dawniej grałem. Najtrudniejsze pole to było takie, gdzie trzeba było zrobić piłeczką slalom pomiędzy drzewami, a dołek był ustawiony za huśtawką, gdzie często huśtały się dziewczyny (głupie, nie chciały z nami grać) i trzeba było umiejętnie to pokonać, bo dostanie się w pole rażenia huśtawki uniemożliwiało ukończenie trasy.
Dobre też było, jak popadało, to na podwórku robiła się ogromna kałuża. Zanim opanowaliśmy sztukę robót melioracyjnych (czyt. rowów odprowadzających wodę) to jak ktoś nie dał rady przerzucić piłeczki na drugą stronę, to musiał wybijać piłkę ze środka kałuży (a wody po kostki).
Ale potem nam się wszystkie kije połamały, a rodzice nie chcieli nam kupić nowych to skończyliśmy.


