Jednak najszczęśliwszy to zdecydowanie LM dla United. Mecz w największych nerwach. Na niczym mi bardziej jako kibicowi United nie zależało niż zwycięstwu w LM, bo tego z 1999 nie pamiętam za bardzo. Miałem wtedy 10 lat i zdecydowanie nie interesowałem się piłką, co najwyżej byłem za United i Anglią po 1998 roku, MŚ i pojedynczych meczach z LM które widziałem.
Marzyłem o tym zwycięstwie tak mocno, że jesienią 2006 roku, gdy jeszcze wierzyłem w te wszystkie piłkarskie zabobony, obiecałem sobie że wydziaram sobie herb MU na piersi kiedy zdobędą Ligę Mistrzów.
Sam dzień był dziwny, mało co z niego pamiętam, bo byłem w takich nerwach że nie wiedziałem co się dzieje wokół mnie. Na samym meczu próbowałem się wyluzować piwem, ale jak to u mnie bywa, w trakcie ważnych meczów mogę pić alkoholu do oporu i to nie ma żadnego efektu. 120 minut trzęsiawki, nerwów, wyzwisk wszystkich i wszystkiego od tego na czym świat stoi.
Nadeszły karne. Pierwsze od 2005 roku, gdy LFC załamało mnie wygrywając z Milanem. Nie wierzyłem w to co widzę, nie wierzyłem że to tak właśnie ma się rozstrzygnąć.
Podchodzi Ronaldo i... szkoda słów. Morale kompletnie podupadło. Już wiedziałem że będzie tak jak gdy Beckham przegiął z Portugalią. Zero wiary w końcowy tryumf. Nie mogłem na to patrzeć i... wyszedłem.
Położyłem się przed domem na trawniku i zdruzgotany patrzyłem w niebo zastanawiając się nad tym jak to przeboleję. Myśli w stylu: "Jak nie teraz, to już nigdy" były w ciągu tych kilku minut ciągnących się jak godziny (do dziś nie mogę uwierzyć, że to były minuty) normą.
I wtedy wychodzi z domu mój kumpel i mówi cichym głosem: "Manchester wygrał".
Z pierwszej chwili to do mnie nie dotarło i ze dwa razy dopytałem czy to prawda. Kiedy widziałem że to nie żaden kawał mojej radości nie było końca. Tak niespodziewanej szczęśliwości nie przeżyłem nigdy wcześniej i nigdy później. Coś fantastycznego. Zapiłem kilka dobrych dni i po kilku tygodniach oczywiście spełniłem obietnicę



