Re: Instytucja małżeństwa

Awatar użytkownika
Kluchman
Legenda Futbolu
Legenda Futbolu
Posty: 18261
Rejestracja: 30 kwie 2006, 19:06
Reputacja: 2266
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Re: Instytucja małżeństwa

Post autor: Kluchman » 06 sie 2013, 12:20

Wiadomo j1mmy w końcu jesteś żonaty. :) Wiesz, ta kwestia zależy od bardzo wielu czynników. Ja do tego podchodzę bardzo na chłodno i po rozważeniu wszystkich za i przeciw doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu. Ba, w moim przypadku od zawsze unikam wchodzenia w poważne związki i niejedna była tym zawiedziona, to też z wielu powodów, więc to jest zupełnie inne nastawienie od fundamentów. Może po prostu nie potrafię się zakochać i nie rozumiem o co w tym chodzi, zakochani wydają mi się tacy irracjonalni, nie wiem. Moje ulubione pytanie z tego tematu to "co ja w nim widziałam?/co ja w niej widziałem?" Różowe okulary zawsze spadają i zostaje smutna codzienność. Mogę się na chwilę zauroczyć nawet w kilku dziewczynach jednocześnie, ale to zawsze bardzo szybko mija. Może zmienię kiedyś zdanie, a może nie. Dobrze, że w swoich punktach wymieniasz chociaż rzeczy oderwane od romantyzmu. Ja to wszystko rozumiem, ale nie chcę za taką cenę. Zwłaszcza, że do tych kredytów hipotecznych na wiele lat mam bardzo negatywne nastawienie, bo to coś tworzącego poważne zobowiązania na większość życia, ja nie lubię mieć długoterminowych zobowiązań finansowych, bo to wywołuje u mnie dyskomfort psychiczny, jest to też okres zbyt nieprzewidywalny, w którym mogą pojawić się okresowe trudności, nie mam pojęcia, co będzie za tydzień, a tu mam się zaangażować np. na 30 lat, nie podoba mi się to. Moje podejście do kredytów hipotecznych jest takie, że jeśli nie mogę wziąć kredytu na 10 lat z ratą maksymalnie w wysokości połowy dochodów to znaczy, że nie stać mnie na taki kredyt i mnie nie interesuje. Zdaję sobie sprawę, że trudno taki status materialny osiągnąć, ale lepsze to niż tysiące ludzi biorących kredyty na wiele lat najlepiej jeszcze w walucie obcej, bo "trzeba mieć swoje", a w rzeczywistości takiej rodziny na to mieszkanie nie stać i kosztuje ono zbyt wiele wyrzeczeń. To nie są szczęśliwi ludzie, to są ludzie, którzy często mają się na wzajem dość i obwiniają się wzajemnie o swoje niespełnione marzenia. "Mogłam wyjść za tamtego Zenka, on zarabia trzy razy tyle, co mój mąż, którego już dawno nie kocham". Rodzina na swoim się skończyła, to znaczy, nie udziela się już kredytów w jej ramach. Niedługo wejdą te mieszkania dla młodych i tam też są ograniczenia. Podobnie nie rozumiem ludzi, którzy umyślnie robią sobie dziecko, na które ich nie stać, bo taką mają potrzebę emocjonalną i "jakoś to będzie". Z tego będzie tylko frustracja.

Uczucia zawsze się wypalają. Tak zwany okres romantycznej miłości u każdego trwa przez różny czas, ale to stan naćpania mieszanką hormonów (fenyloetyloamina, serotonina, dopamina, oksytocyna i coś tam jeszcze). Zwykle dwa do czterech lat to maksimum, niektórym mija szybciej. Z punktu widzenia natury to czas wystarczający by kobieta zaszła w ciążę, urodziła i ewentualnie przeszła przez okres, w którym dziecko niczego nie potrafi samodzielnie i jest w 100% uzależnione od rodziców. Chodzi o trwałość gatunku, a reszta to normy kulturowe, ale człowiek nie potrafi "kochać" jednej osoby, z którą jest w związku przez większość życia. To niemożliwe, ludzie z natury nie są monogamistami i tego nikt nie zmieni żadnymi zapisami prawnymi. Relacje zawsze się zmieniają. Jeśli pozostaje wzajemny szacunek, zdolność świetnego rozumienia się i zwykła sympatia, to takie osoby mogą sobie razem egzystować. Jest przyzwyczajenie i wygoda, nie jest źle, po co to zmieniać. W innych przypadkach są jednak bluzgi, płacze, ciągłe marudzenie na codzienność i obowiązki. Na pranie skarpetek, "brak zainteresowania ze strony partnera" (to częsta wymówka sam wiesz do czego), gotowanie, sprzątanie, deskę w kiblu i milion innych rzeczy. Oboje nie mogą na siebie patrzeć, ale są razem ze względu na dzieci czy zobowiązania finansowe, bo kobieta jest tylko kurą domową, "co ludzie powiedzą", różne mogą być powody, ale to dziecko psychologicznie w takiej rodzinie też wbrew powszechnej opinii nie będzie miało lepiej, jego psychika utrwala złe wzorce i to się odbije na jego dorosłym życiu. Wiem, że generalizuję, ale jak widzę wieloletnie małżeństwa w mojej rodzinie albo małżeństwa ich znajomych, to widzę, że mi się to nie podoba i nie chcę tak żyć, a przecież są to w gruncie rzeczy niezłe małżeństwa, nie ma częstych kłótni, wrzasków, rzucania talerzami, mają podobne poglądy itd. Tylko co z tego? W tych relacjach na co dzień od dawna nie dzieje się kompletnie nic ciekawego, a gdzieś w głębi umysłu ci ludzie nie są szczęśliwi z takiego życia. Mówią co innego, ale to zaprzeczanie samemu sobie. Na pewno.

Nie wiem, czy spotkałeś się z koncepcją Sternberga, który wyróżnia trzy składniki miłości i ich zmienność w czasie: intymność namiętność i zaangażowanie. Nie będę ich w tym miejscu opisywał, jeśli cię interesują, to znajdziesz. Widzę w niej dużo racji.

Dodatkowo sam ślub wprowadza stabilizację i "poczucie bezpieczeństwa". Sprawia, że partner raczej nie odejdzie z dnia na dzień, a to dodatkowo z czasem zmniejsza wzajemne zainteresowanie nie tylko pod względem takiego zwykłego bla bla bla, lecz również seksem (zwłaszcza ze strony kobiet, to nie jest premedytacja tylko po prostu biologia, samice wszelkich gatunków od zawsze mają największy popęd, gdy chcą coś osiągnąć względem partnera, gdy nie ma o co się starać, popęd względem niego zmniejsza się a w niektórych przypadkach nawet zanika) i zabija wszelkie "staranie się" o partnera. Uprzedzając jakieś ataki żonatych: według badań już po roku częstotliwość stosunków zmniejsza się przeciętnie o połowę. Po prostu po ślubie podświadomość przyjmuje, że partner został "zdobyty" i przez to ewentualne rozstanie również jest bardziej dotkliwe z punktu widzenia osoby porzuconej.

Pisząc bardziej od strony indywidualnej. Ja po prostu jestem samotnikiem, samemu mi najlepiej, uwielbiam święty spokój. Nie znoszę tego dziamgania godzinami, gadania o niczym przez długi czas, marudzenia, fochów i pretensji o każdą pierdołę, na którą normalnie nie zwróciłbym uwagi. Chodzenia na jakieś imprezy, których nie lubię i spotykania się z jej znajomymi, którzy mnie nic nie obchodzą, a zasygnalizowanie tego wywoła focha. Wiem, że kobieta usiłowałaby zmienić we mnie kilka rzeczy, których ja nie chcę zmieniać. Nawet nie wyobrażam sobie regularnego spania z kimś w jednym łóżku przez całą noc. Po prostu samemu śpi się nieskończenie wygodniej. Takich drobiazgów jest naprawdę sporo i nie chce mi się ich wymieniać, a one mają duże znaczenie. Ktoś zarzuci mi egoizm? Wszyscy są egoistami. :)

Oczywiście możesz odpisać i podjąć polemikę, ale to niczego nie zmieni. Albo sam kiedyś zmienię zdanie albo zostanie jak jest. Na razie jak ja to mawiam: "ludzie nie są godni bycia tymi jedynymi". Ja też nie jestem.
Ostatnio zmieniony 06 sie 2013, 12:31 przez Kluchman, łącznie zmieniany 1 raz.

Wróć do „Hyde Park”