Precyzując: zakończenie ósmego sezonu, sprawa z Elwayem, Saxonem i Vogel uważam za jeszcze większą hucpę niż wypuszczenie Dexa i Lumen przez Debrę w sezonie chyba 5.
Natomiast samo zakończenie Dextera jako całości jest całkiem w porządku już. Dexter walczył o uczucia przez cały czas, najpierw z Ritą, potem z Lumen, udało mu się dzięki Hannah i Harrisonowi, a zwieńczeniem tego była śmierć Debry, gdzie przekonał się ostatecznie, że jednak potrafi z kimś nawiązać prawdziwą więź. Coś tam mu się w tym mózgu odblokowało, ojciec mu wmawiał, że tego nie ma, a to było. Może gdyby nie trafił na psychopatyczną dr Vogel, która miała plany stworzyć amię idealnych psychopatów, tylko na kogoś, kto chciałby tworzyć idealnego, nowoczesnego europejczyka, kochającego wszystkich, może wtedy nie musiałby zabijać? Jednak świadomość tego, że siostra zginęła poniekąd przez jego zachowania i że nie ucieknie przed Mrocznym Pasażerem (a raczej jego skutkami) zmusiła go do poświęcenia tego, co najcenniejsze (życia) na rzecz szczęścia ukochanych osób (Harrisona i Hannyh). Jednak Bóg jest sprawiedliwy i Dexter nie odejdzie do piachu nie płacąc ceny. Moim zdaniem on teraz pracuje tam w Kanadzie czy innej tundrze i wie, że gdzieś tam jego ukochany syn żyje sobie szczęśliwy i nigdy już nie zobaczy potomka. Kocha, ale nie może być kochanym. Przez cały czas to Mroczny Pasażer był jego przekleństwem, chciał czuć i żyć jak normalni ludzie. Teraz role się odwróciły i to te uczucia go prześladują, nie dając spać po nocach. Katharsis. Czyściec.
Wzruszyłem się.


